Podłącz portfel do prądu i czekaj na bogactwo. Monika Sobień-Górska demaskuje rynek neoduchowości [WYWIAD]
Jedna z opisywanych przeze mnie duchowych nauczycielek powiedziała mi, że jej klientki to najczęściej dobrze sytuowane kobiety, które są tak samotne, że płacą 10-12 tys. zł za to, że ona spędzi z nimi cały dzień. Robią wspólnie różne ceremonie. Ale przede wszystkim jest słuchaczką, która pozwala tym kobietom wygadać się z najboleśniejszych historii – mówi PAP Life Monika Sobień-Górska, autorka książki „Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia”, poświęconej rynkowi nowej duchowości.
PAP Life: Swoją najnowszą książkę zaczynasz od opisania dwóch technik, które mają zapewnić dostatek. Jedna z nich to technika „ładowania ładowarką portfela”, druga - technika „paragon”. Wydały mi się absurdalne. Długo nie mogłam uwierzyć, że są ludzie, którzy wierzą, że to naprawdę działa.
Monika Sobień-Górska: Mnie również. Rolki instagramowe, które opisywały te metody, generowały milionowe zasięgi, a do tego tysiące komentarzy. Zastanawiałam się, kim są ludzie, którzy ufają takim naiwnym, infantylnym, paramagicznym metodom. Przyjrzałam się profilom osób, które komentowały, klikały. To byli zupełnie normalni ludzi, którzy na co dzień pracują, prowadzą biznesy, mają rodziny, dzieci. Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego w XXI wieku tak dużo dorosłych Polaków idzie w stronę tak rozumianej duchowości.
PAP Life: Nie chcemy tych metod promować, ale myślę jednak, że warto powiedzieć, na czym polegają.
M.S-G.: Technika „ładowania ładowarką portfela” polega na tym, że na noc podłączasz do prądu ładowarkę do telefonu, a końcówkę wkładasz do portfela, zamykasz go i przez chwilę silnie skupiasz uwagę. Możesz powtarzać afirmacje w stylu: „pieniądze do mnie przychodzą z każdej strony, pieniądze mnie kochają”. Tekst można wybrać dowolnie. Chodzi o to, by rzekomo przeprogramować nasz umysł z biedy na tak zwaną obfitość, by pieniądze i w ogóle materialne korzyści przychodziły do nas w łatwy sposób. Rolki propagujące tę metodę tworzyła Solomiya Kozera, prawniczka, z pochodzenia Ukrainka, która mieszka w Polsce wiele lat. Jest certyfikowaną instruktorką neurografiki.
PAP Life: Co to takiego?
M.S-G.: Metodę tę wymyślił rosyjski psycholog, doktor Paweł Piskariew. Zwolennicy tej techniki uważają, że można wpłynąć na podświadomość, zredukować stres, uporządkować myśli, poprzez rysowanie linii na podstawie algorytmów, które odzwierciedlają sieci neuronalne w mózgu. Natomiast technika „ładowania ładowarką portfela” i technika „paragon”, która polega na tym, że zbiera się paragony za wszystkie swoje zakupy i na odwrocie pisze się hasło „pieniądze, które wydałam, wracają do mnie w dwukrotnym czy dziesięciokrotnym wymiarze” z neurografiką nic wspólnego nie mają. Spotkałam się z Salomiyą Kozerą i zapytałam ją, dlaczego promuje takie uproszczone, paramagiczne treści. Powiedziała, że to najlepszy sposób, by zwiększyć zasięgi na swoim profilu w social mediach. Dzięki temu ludzie, których skusiła efekciarska metoda „paragon” czy „ładowanie portfela” mają większą szansę dowiedzieć się, czym jest neurografika. Gdy promowała tę ambitniejszą metodę, zasięgi były znacznie niższe. Takie realia social mediów. Ludzie pragną prostych zaklęć i łatwych odpowiedzi na skomplikowane problemy.
PAP Life: Czyli podchodzi do tego biznesowo i daje ludziom to, czego chcą.
M.S-G.: I teraz dochodzimy do odpowiedzi na pytanie: dlaczego w ogóle zaczęłam pisać tę książkę. Otóż właśnie dlatego, że chciałam zrozumieć, dlaczego ludzie tego chcą. Wszyscy chcemy pieniędzy, zdrowia i szczęścia, które właściwie nie wiadomo czym jest. Ale współczesna kultura za pomocą różnych wygenerowanych obrazków w mediach, próbuje nas przekonać, że szczęście to są supersamochody, jachty, domy, wieczne wakacje i wiecznie młode ciało. Większość z nas nie ma tych rzeczy, więc szukamy sposobów na to, by magicznie je do siebie przyciągnąć. Zaczęłam się zastanawiać, ile osób z tego korzysta i skala tego zjawiska z jednej strony mnie zaskoczyła, z drugiej strony przeraziła.
PAP Life: Ezoteryka zawsze miała swoich odbiorców. Zawsze byli ludzie, którzy chodzili do wróżki, na seanse spirytystyczne, itd.
M.S-G.: Teraz mamy do czynienia z inną odsłoną tego zjawiska. Ezoteryka połączyła się z coachingiem, do tego doszła psychologia i psychoterapia, które zostały przez tę nową duchowość zaanektowane i zamieniona w uproszczoną, wręcz zwulgaryzowaną poppsychologię. W efekcie powstała gęsta zupa, którą nazywam neoduchowością, w której mieści się wszystko: przyciąganie pieniędzy, uzdrawianie z raka oraz rodowych traum, przeprogramowanie się na miłość, kontakt z transcendencją, poczucie bliskości z poprzednimi wcieleniami. Te dwie pierwsze metody, od których zaczęłyśmy rozmowę, są świetną ilustracją tego, czym jest dzisiaj rynek usług duchowych. Coś, co pierwotnie miało pomagać ludziom wejść w kontakt z transcendencją, doświadczyć jej, uwolnić się choćby na chwilę od spraw materialnych, dziś służy głównie pomnażaniu tych dóbr. Dziś tysiące Polaków idą do przewodnika duchowego, kupują kurs internetowy, żeby „wymanifestować” sobie nowy samochód, dom, zarobki na poziomie 30 czy 40 tysięcy miesięcznie albo nowego męża, który będzie bogaty. Podaję konkretne cele i intencje, jakie usłyszałam od kursantów, którzy ze mną w tych warsztatach czy webinarach uczestniczyli.
PAP Life: Za takie kursy trzeba płacić, więc na pewno bogatsi z nich wyjdą ci, którzy je organizują.
M.S-G.: Byłam na różnych kursach internetowych, bo większość jest online. Jeden kosztował niecałe 400 zł, inny 500, jeszcze inny 1600 zł. Warto zestawić te kwoty z liczbą uczestników. Na jednym takim kursie, w którym brałam udział, było półtora tysiąca osób, na innym nawet 3 tysiące. Dla takiego coacha duchowego to są milionowe przychody. Niewiele musisz umieć - wystarczy mieć kamerkę internetową, mikrofon za 200 zł i opłacony serwer. Podczas takich kursów nierzadko słyszysz treści powielone od zagranicznych, głównie amerykańskich coachów duchowych. Często te treści są dostępne za darmo w podcastach, na YouTubie czy w książkach za 40 zł. I teraz pojawia się pytanie: co się stało z naszą psychiką, gdzie w ogóle jesteśmy dzisiaj jako społeczeństwo, że idziemy w takim kierunku. Pamiętam - bo też brałam udział w stacjonarnych wydarzeniach - że obok mnie siedziała prawniczka, właścicielka salonu kosmetycznego i wykładowczyni nauk ścisłych na jednej z warszawskich uczelni. Był też pan, który jest w zarządzie znanej spółki mediowej. To nie są ludzie, którzy nie mają życiowych sukcesów, czy są oderwani od rzeczywistości.
PAP Life: Czego szukają na tych kursach?
M.S-G.: Za każdym razem, gdy uczestniczyłam w ceremoniach szamańskich, odosobnieniach medytacyjnych, ustawieniach hellingerowskich, warsztatach pracy z energią, pytałam o to uczestników. Słyszałam wtedy, że gdzieś w środku zionie w nich pustka, są nieszczęśliwi z powodu traum z dzieciństwa, wypalenia zawodowego, z powodu chorób, które spotkały ich lub członków ich rodziny. To byli ludzie, którzy żyją w chronicznym stresie, latami cierpią na bezsenność, próbują leczyć depresje czy stany lękowe farmakologicznie. Ale poprawa przychodzi na jakiś czas, a później choroba wraca. Szukają innych, alternatywnych sposobów na to, by poczuć ulgę.
PAP Life: Dlaczego nie szukają pomocy u specjalistów, psychiatrów czy psychoterapeutów?
M.S-G.: To jest bardzo dobre pytanie i muszę powiedzieć, że kiedy zbierałam materiały do tej książki, zadawałam je różnym bohaterom. Głównie problemem jest dostęp do psychoterapeutów oraz ich jakość. W Polsce, jak dotąd, nie ma ustawy o zawodzie psychoterapeuty, co oznacza, że dziś właściwie każdy może nim być i niespecjalnie da się działalność takich psychoterapeutów skontrolować. Nie zawsze człowiek szukający tego rodzaju pomocy sprawdza dyplomy czy certyfikaty osoby, do której idzie. Inna sprawa, że wielu bohaterów mojego reportażu korzystało z psychoterapii u certyfikowanych terapeutów, nierzadko trwało to latami, a nadal nie odczuwało poprawy swojego samopoczucia.
PAP Life: Dużo miejsca w książce poświęcasz ustawieniom hellingerowskim, które większość psychoterapeutów uważa za szkodliwe. Skąd moda na te ustawienie?
M.S-G.: Brałam udział w 53 ustawieniach lub ich wariacjach nie dlatego, że tak podoba mi się ta metoda, tylko dlatego, że chciałam zrozumieć potrzeby, na jakie odpowiada. Okazało się, że dominująca grupa ludzi, którzy korzystają z ustawień to osoby DDA, czyli Dorosłe Dzieci Alkoholików. Przychodzą na ustawienia, by pogodzić się z rodzicami, w magiczny sposób usłyszeć od nich, że są przez nich kochani. Wiem, jak to brzmi, ale słyszałam to wielokrotnie. Psychoterapia im tego nie da, bo nie zajmuje się magią, polem wszechwiedzącym ani energią. A kiedy przychodzisz na takie ustawienie, reprezentacja ojca czy matki może ci powiedzieć: „Kocham cię. Przepraszam, że pomimo tego, że zawaliłem, uczyniłem ci z życia piekło, tak naprawdę jesteś dla mnie ważna. Tylko nie umiałem ci tego okazać”. Widziałam, jak 40-50-letni ludzie wyczekiwali tego typu deklaracji, a później zalewali się łzami. O ile psychoterapia może pomóc im pewne rzeczy ponazywać, zobaczyć mechanizmy, jakoś próbować je przepracować, to nie stwarza ludziom miejsca, w którym magicznie i energetycznie połączą się z nieżyjącym albo niedostępnym emocjonalnie rodzicem i wykreują alternatywną rzeczywistość. Po drugie, psychoterapia jest procesem długim, często trudnym. A w tej nowej duchowości często słyszysz: „W jeden weekend ci to załatwię. Przyjedź do mnie na warsztat. Mamy tu szkołę ustawień, szkołę pracy z energią. Już po trzech dniach poczujesz się lepiej, wszystko wybaczysz, przejdzie przez ciebie energia życia”.
PAP Life: Kusząca obietnica.
M.S-G.: Bardzo i przez chwilę też działa, dlatego że na tych kursach częstą nagrodą jest katharsis. Ludzie wychodzą w poczuciu, że są uleczeni, że wybaczyli. Ale to jest iluzja. To katharsis może trwać dwa, trzy dni, a potem się ląduje i to bardzo twardo, więc idzie się kolejny raz, bo te duchowe metody też uzależniają. To jest trochę haj, bo przez chwilę było lżej, przez chwilę czułem się kochany, akceptowany, a za moment jest znowu to samo.
PAP Life: Twoja książka jest swego rodzaju reportażem wcieleniowym, testujesz na sobie różne metody. Ale chociaż demaskujesz i pokazujesz szkodliwość wielu z nich, to czasem okazuje się, że są rzeczy, które działają.
M.S-G.: Tak. Jestem do tego stopnia osobą racjonalną, że kiedy składałam pierwszy brief z pomysłem na książkę, mój wydawca, który stał po tej samej stronie co ja, zwrócił mi uwagę, że mam nastawienie nie tylko wątpiące w sens i prawomocność takich działań, ale możliwe, że jestem zbyt krytyczna i wyleję dziecko z kąpielą. To jest bardzo ciekawe, bo po przeczytaniu książki widać, że przeszłam pewnego rodzaju transformację.
W trakcie doświadczenia różnych praktyk i narzędzi duchowych przekonałam się, że część z nich mi posłużyła. Poznałam też wielu ludzi, którym ta duchowość pomaga. Zawsze można to wrzucić do worka z napisem „dowody anegdotyczne”, bo to reporterska dokumentacja, a nie badania robione zgodnie z akademicką metodologią. Jednak badania naukowe nie są jedynym sposobem na to, by poznawać rzeczywistość.
PAP Life: Co zadziałało na ciebie?
M.S-G.: Muszę wyjaśnić, że miałam dosyć specyficzną sytuację osobistą, ponieważ pochodzę z rodziny bardzo katolickiej i przez wiele lat byłam osobą zaangażowaną religijnie. Mam też w biografii formację oazową, przez lata byłam w Ruchu Światło-Życie, jako animatorka jeździłam na rekolekcje. Mniej więcej po trzydziestce, nastąpiło u mnie załamanie w tej kwestii. Wyszłam ze skorupy tych wszystkich przekonań, które wyniosłam z domu. Po raz pierwszy zaczęłam się przyglądać temu, w co wierzę i czy wierzę w te dogmaty, czy je rozumiem. Wyszło na to, że to w ogóle nie jest moje. Pomyślałam sobie: „Aha, to w takim razie może jestem ateistką i w ogóle tych potrzeb duchowych nie mam”. Mówiłam wszem i wobec, że duchowość jest rodzajem ucieczki, wszyscy boimy się śmierci, więc szukamy ulgi w tym zakresie. To trwało mniej więcej dwa lata i wtedy zaczęłam pisać tę książkę. Głównym powodem była chęć zbadania tego trendu, czyli dlaczego ludzie ładują portfel ładowarką. Ale potem w trakcie tych kursów medytacji, warsztatów, przyszło do mnie, że może to jest też tak, że jednak podświadomie miałam te potrzeby duchowe, tylko Kościół już mi nie dawał narzędzi, a ta współczesna duchowość wydawała mi się zbyt naiwna, wręcz głupia. Nie chciałam zostać uznana za „odklejoną”. Jednocześnie nie umiałam już udawać, że tych potrzeb nie mam. W związku z tym odważyłam się do tych metod podejść bez pogardy, tylko neutralnie.
PAP Life: I co się okazało?
M.S-G.: Że wiele z tych metod mi pomaga. Na przykład medytacja, praca z ciałem, z oddechem. Przestały mnie boleć plecy, chociaż przez wiele lat leczyłam się na bóle kręgosłupa, pomagało na chwilę. Cierpiałam też przez wiele lat na kłopoty ze snem. Regularna medytacja mi pomogła. Bardzo wyciszyła mi myśli, zlikwidowała kołowrotek w głowie. Podobnie manifestacja, która jest sprzedawana w internecie jako afirmacje, jakieś hasła, które mają przyciągnąć obfitość, pieniądze, miłość, zdrowie. To jest oczywiście chwyt reklamowy, który jest scamem. Bo za 1500 złotych dostajesz kartkę A4 z listą 40 afirmacji, czyli miłych zdań, które masz do siebie mówić i tak programować umysł. Mam bohaterów, którzy tracili zdrowie, pieniądze przez korzystanie z tego typu rzeczy.
PAP Life: Ale przekonałaś się, że w niektórych przypadkach to działa.
M.S-G.: Są nauczyciele duchowi, którzy są uczciwi, nie są cyniczni, których kursy nie są drogie i którzy nie mówią, że manifestacja jest koncertem życzeń, gdzie na skutek dotknięcia przez guru zaprogramujesz się na wieczną obfitość. Mówią o tym, że manifestacja to jest praca psychoterapeutyczna. Polega na tym, że przyglądasz się swoim przekonaniom i temu, co mówisz do siebie w myślach codziennie przez 30, 40 lat. Jeżeli uważasz, że ludzie są źli czy niebezpieczni, to nie będziesz budował z nimi relacji, bo będziesz się ich bał. Mnie na tyle ta manifestacja pomogła, że załapałam się na ten poważniejszy odłam, wykupiłam kilka kursów i przyjrzałam się temu, co do siebie mówię dzień w dzień – na temat pieniędzy, mojego miejsca w zawodzie, na temat relacji rodzinnych, relacji z dzieckiem. W końcu usłyszałam to i przeraziłam się. Zaczęłam z tym pracować. Krok po kroku kwestionowałam te niewspierające przekonania.
No i ostatnia rzecz, może najbardziej kontrowersyjna. W kryzysowych momentach w trakcie pisania tej książki, pomogło mi to „mambo jumbo”, czyli wmawianie sobie, że świat mi sprzyja. Musiałam zmienić wydawcę. To moja ósma książka i gdyby coś takiego spotkało mnie wcześniej, to ta książka nie zostałaby wydana. A tutaj, na skutek energii tych różnych wspólnot nastawionych na pozytywne myślenie, pomyślałam: „Super, że mi się to przytrafiło. Świat mnie kocha. Daje mi jakąś inną szansę. Wydam to w jeszcze lepszym wydawnictwie, na lepszych warunkach, tylko muszę pójść z otwartą głową”. No i znalazłam takiego wydawcę bardzo szybko. Tylko zaznaczam - to dotyczy sytuacji, gdzie osoba zdrowa psychicznie, w dobrej kondycji napotyka na jakiś problem i wtedy bawi się w magiczne myślenie.
PAP Life: Przestrzegasz, że bardzo ryzykowne jest, kiedy te metody są używane do leczenia depresji, lęków, chorób.
M.S-G.: Wtedy to jest szarlataństwo, bo namawia się ludzi, by porzucili leczenie farmakologiczne, porzucili psychoterapię, by przestali ufać lekarzom, dając komuś nadzieję, że energia ich uzdrowi.
PAP Life: Ogromne wrażenie zrobiła na mnie historia kobiety, która uwierzyła, że odrosną jej piersi po mastektomii.
M.S-G.: To jest jedna ze straszniejszych historii. Jest bardzo dużo nadużyć poprzez uzależnianie od guru. Nie mamy dzisiaj wysypu sekt jak w latach 90. w Polsce, ale mamy nowych nauczycieli duchowych, którzy manipulują psychicznie poprzez przyciągnięcie na jeden kurs, w którym obiecują, że tak poszerzą ci świadomość, że będziesz w stanie sprawić - to autentyczny przykład - że twój były mąż, za którym tęsknisz, wrócił do ciebie. Zdesperowana kobieta płaci 3000 zł, afirmuje i otwiera się na żeńską energię. Mąż nie wraca, przeciwnie: okazuje się, że poznał kogoś i bierze ślub. Kobieta jest jeszcze bardziej załamana, wraca do nauczycielki, która mówi: „Nie wykonałaś wszystkich rzeczy, nie podpięłaś się pod moją energię. Ale jest teraz kolejny kurs z moją autorską metodą i jeżeli go wykonasz, to się zmieni”. Poznałam kobiety, które przychodzą do tych mentorek ósmy, dwunasty raz na kurs. I jeszcze ostatnia rzecz – trzeba uważać na metodę obrzydzania najbliższego otoczenia. Ludzie się rozstają, rozwodzą, upadają rodziny, bo jedna osoba czuje się odrzucana przez tę, która chce się rozwijać.
PAP Life: Zwróciłam uwagę, że bardzo wiele jest osób, które uczestniczy w tych różnych warsztatach, kręgach, czuje się przeraźliwie samotna. Przynależność do różnych grup daje mi poczucie wspólnoty. A do tego internet jest wygodny, bo nie musisz wychodzić z domu, żeby to osiągnąć.
M.S-G.: Absolutnie się z tobą zgadzam. Zatrważające były wyniki badań Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu z 2025 roku dotyczące samotności w Polsce. Wynika z nich, że prawie 70 proc. ankietowanych Polaków przyznało, że cierpi na samotność, a dla 50 proc. ma ona formę przewlekłą. To dane, które rzucają światło na to, co powiedziałaś.
Jesteśmy bardzo samotni. Relacje, pomimo komunikatorów i telefonów, są wypłaszczone – szerokie, ale nie głębokie. By móc porozmawiać o tematach intymnych, otworzyć się, szukamy takich miejsc. Bo z koleżanką możemy obgadać inną koleżankę, pogadać o zakupach, ponarzekać na szefa czy polityków, ale rzadko pozwalamy sobie na głębokie, emocjonalne odsłonięcie się, takie otwarcie.
Jedna z opisywanych przeze mnie w książce duchowych nauczycielek powiedziała mi, że jej klientki to najczęściej dobrze sytuowane kobiety, które są tak samotne, że płacą 10-12 tys. zł za to, że ona spędzi z nimi cały dzień, robią wspólnie różne ceremonie. Ale przede wszystkim jest słuchaczką, która pozwala tym kobietom wygadać się z najboleśniejszych historii.
Nie każdego stać na pakiet VIP, ale na przykład już za 100 złotych można przyjść na krąg kobiet. To coś, co bardzo przyciąga. Tam, trochę jak w klubach AA, nie wiesz na kogo trafisz. Zasada jest taka, że nikt ci nie przerywa, nikt nie skroluje telefonu. Przez chwilę jesteś osobą, która kogoś obchodzi. Okazuje się, że inni mają podobne problemy, tworzy się wspólnota doświadczeń i ta dotkliwa samotność – poczucie, że nasze doświadczenia są odosobnione – znika przez te kilka godzin.
PAP Life: Jest w tym coś niebezpiecznego?
M.S-G.: Widzę dwa ryzyka. Jeśli chodzi o prowadzenie takich kręgów, panuje wolna amerykanka, nie wiesz na kogo trafisz. Byłam na kręgach, gdzie prowadząca pozwoliła usiąść osobom, które w moim odczuciu wymagały pilnej interwencji psychiatrycznej, były w stanie manii lub po silnych środkach narkotycznych. Nie zostały wyproszone czy skierowane do lekarza, co jest niebezpieczne. Druga sprawa to zasada dyskrecji. Z jednej strony daje bezpieczeństwo, ale byłam świadkiem sytuacji, gdzie kobiety opowiadały, że one i ich dzieci są ofiarami przemocy domowej. Zapytałam prowadzącą: „Co z tym robimy, czy idziemy na policję?”. A ona: „Chyba żartujesz, tu działa zasada dyskrecji. Jeśli nas o to nie poprosi, nie mamy prawa”. To obarcza odpowiedzialnością i poczuciem winy.
PAP Life: Podsumowując naszą rozmowę, jakie wnioski masz po „roku, w którym szukałaś sensu i ukojenia”?
M.S-G.: Po pierwsze: ludzie są naprawdę nieszczęśliwi. Szczególnie kobiety noszą codzienne ciężary niemal nie do udźwignięcia. Dlatego łapią się infantylnych, głupich metod, bo człowiek w desperacji i zmęczeniu łapie się wszystkiego. Drugi wniosek: jesteśmy społeczeństwem dzieci alkoholików. To duża klientela tych usług. Kolejna rzecz, o której już mówiłam: trzeba pamiętać, że to rynek biznesowy i żeby nie dać się oszukać. I ostatnia rzecz, ale ważna: myślę, że ludzie nauki, psycholodzy, psychoterapeuci prowadzący psychoedukację w social mediach, powinni unikać języka pogardy. Nie zawsze pomaga tylko to, co przebadane naukowo. Doświadczyłam tego na sobie i widziałam u innych. O psychice człowieka i sile umysłu nadal mało wiemy. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/ag/ grg/
Monika Sobień-Górska – pisarka, dziennikarka i scenarzystka. Autorka kilku książek, m.in. wywiadu rzeki z Michałem Czerneckim „Wybrałem życie”, biografii Anny Lewandowskiej „Imperium Lewandowska” i reportażu „Ukrainki. Co myślą o Polakach, u których pracują”. Autorka scenariusza do nagrodzonego na festiwalach filmu „Lęk”. Jej najnowsza książka „Rok, w którym szukałam sensu i ukojenia. Między wiarą, terapią a biznesem” (Znak Literanova) to reportaż poświęcony nowej duchowości. Prywatnie, żona Roberta Górskiego, komika i lidera Kabaretu Moralnego Niepokoju.