O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Rafał Rutkowski: jestem trochę crazy [WYWIAD]

Każdy komik ma te dylematy. Może być tak, że coś mnie bawi nieprawdopodobnie, sprawdzam to na widowni i widzę, że tylko mnie to bawiło. Czyli że moje dziwne poczucie humoru skręciło za daleko. Generalnie żart, który trzy, cztery razy nie wyjdzie na scenie, będzie cisza, jest żartem spalonym – mówi PAP Life Rafał Rutkowski, aktor, stand-uper, który od kilkunastu lat jeździ po Polsce ze swoim show. W najnowszym programie, jaki przygotował, pt. „Wehikuł czasu”, wraca do epoki PRL-u.

Rafał Rutkowski. Fot. PAP/Leszek Szymański
Rafał Rutkowski. Fot. PAP/Leszek Szymański

PAP Life: Skąd pomysł, by w nowym programie stand-upowym wrócić do czasów PRL-u?

Rafał Rutkowski: Tak się złożyło, że jestem jednym z najstarszych komików robiących w Polsce stand-up w stylu amerykańskim i jako jeden z nielicznych przeżyłem całe dzieciństwo i młodość w PRL-u. Za czasów komuny było mnóstwo rzeczy zabawnych, absurdalnych, które ze sceny stand-upowej warto powiedzieć, a nikt z komików do tej pory tego tematu nie podjął. Moja widownia pamięta tamte czasy, więc pomyślałem, że to będzie fajna, trochę nostalgiczna i prześmiewcza podróż w przeszłość.

PAP Life: Jakie wspomnienia cię zainspirowały?

R.R.: Było ich mnóstwo. Na przykład takie dwa epizody z przedszkola. Wspominam stołówkę przedszkolną, która często dla dzieci była traumą. W przeciwieństwie do dzisiejszych czasów nie za bardzo można było sobie powydziwiać. Nie cierpiałem zupy mlecznej, którą mi kazano jeść, więc troszkę sobie z tego dworuję. Opowiadam też o Dniu Ludowego Wojska Polskiego, kiedy do przedszkola przyszedł pan żołnierz i to było z jednej strony śmieszne, a z drugiej zupełnie absurdalne.

PAP Life: Komuna to też kolejki, kartki, stan wojenny…

R.R.: Oczywiście pamiętam kolejki. Z tym, że moim szczęściem czy nieszczęściem było to, że jako dziecko czy młodsza młodzież nie musiałem się za bardzo tym przejmować. Moi rodzice oczywiście walczyli o byt, ale nie przerzucali tej traumy na mnie. A jeżeli musiałem o trzeciej w nocy zająć kolejkę pod sklepem, to traktowaliśmy to z kolegami jako event, a nie siermięgę życia. Wspominam w moim programie, że będąc dzieckiem za komuny, w zasadzie człowiek nie ogarniał, że żyje się w jakimś dziwnym, chorym systemie ekonomiczno-politycznym, bo przecież nie wiedzieliśmy, że istnieje inny, lepszy świat. Oczywiście chcieliśmy słuchać lepszej muzyki. Jak ktoś był na Zachodzie, to mógł sobie sprowadzić płyty czy później kasety i różne inne dobra. Kwintesencją luksusu był mały Fiat, posiadanie dziesięciu rolek papieru toaletowego czy lepszej wędliny. Na wiele rzeczy trzeba było długo czekać. Ale ważniejsze były relacje międzyludzkie. To, że byliśmy razem w grupie, w szkole czy na jakichś wyjazdach z rodziną. Wtedy inaczej się spędzało czas, inne były priorytety.

PAP Life: Niektórzy nawet mówią, że kiedyś było lepiej.

R.R.: Moim zdaniem kiedyś było naprawdę gorzej. Z perspektywy sytuacji Polski żyjemy dziś w genialnym momencie w porównaniu do komuny. Cieszę się, że mogłem przeżyć czasy, gdzie było w Polsce tragicznie i dożyłem czasów, kiedy jest fantastycznie. Młodzi ludzie nie mają tego punktu odniesienia - są przyzwyczajeni do tego, co jest dzisiaj. Wiele rzeczy ich irytuje albo uważają, że coś jest źle zrobione. A ja mam większy dystans, dzięki temu, że żyłem w ciężkim czasach.

PAP Life: Kiedy wymyślasz nowe żarty, jak sprawdzasz, czy rozśmieszą ludzi? Bo przecież to, że coś ciebie bawi, nie znaczy, że innych też.

R.R.: Każdy komik ma te dylematy. Żyjemy z rozśmieszania, więc z jednej strony nasze poczucie humoru jest rozwinięte. Ale też cały czas chcemy szukać nowych rzeczy, nowych tropów, nowych technik rozbawienia. Może być tak, że coś mnie bawi nieprawdopodobnie, sprawdzam to na widowni i widzę, że tylko mnie to bawiło. Czyli że moje dziwne poczucie humoru skręciło za daleko. Generalnie żart, który trzy, cztery razy nie wyjdzie na scenie, będzie cisza, jest żartem spalonym. Widać, że tam już nic się z tego nie osiągnie. Czasami ryzykujemy, biorąc na warsztat temat, który teoretycznie w ogóle nie jest zabawny, np. temat śmierci, choroby czy ludzi niepełnosprawnych. Jeśli ludzie tego nie akceptują, wtedy komik się poddaje: „Okej, ten żart jednak nie". Ale też zdarza się, że już pisząc żart, uważam, że jest za hermetyczny, ludzie tego nie zrozumieją, bo nie znają kontekstu. Długo przymierzałem się do robienia żartów o teatrze, bo jednak teatr nie jest masową rozrywką. Ale okazało się, że ludzie się śmieją, nawet ci, którzy nigdy nie byli w teatrze. Miałem też sytuacje, że mnie coś nie śmieszyło, w ogóle nie spodziewałam się, że to może ludzi bawić, a nagle słyszę śmiech na widowni.

Więcej

Rafał Rutkowski. Fot. PAP /Andrzej Rybczyński
Rafał Rutkowski. Fot. PAP /Andrzej Rybczyński

Rafał Rutkowski: Zostałem stworzony do komedii [WYWIAD]

PAP Life: Masz jakiś sposób testowania nowych żartów? Odgrywasz je przed żoną, dziećmi?

R.R.: Kiedy wymyślam żarty, najpierw bazuję na moim poczuciu humoru. Potem sprawdzam je na tzw. testach stand-upowych. Czyli organizuję występy, na których widzowie wiedzą, że mówię próbne żarty, tak zwane prototypy. Na tych testach orientuję się, które moje pomysły się sprawdzają, a które są do dopracowania czy wręcz odrzucenia. Kiedy program zaczyna nabierać kolorów, zapraszam moją żonę, dzieci, które są wnikliwymi obserwatorami i znają mój materiał, więc są jeszcze bardziej krytyczni, a poza tym mają świetne poczucie humoru. To wszystko razem sprawia, że w pewnym momencie program jest gotowy do trasy. Później w trakcie eksploatacji programu pewne żarty wypadają, bo się deaktualizują, a na ich miejsce wchodzą nowe. Stand-up jest bardzo żywy i widzowie, ich energia inspirują mnie, żeby jakiś żart poszerzyć albo wzmocnić.

PAP Life: Jakiś czas temu rozmawiałam z Marcinem Harasimowiczem, polskim aktorem z Hollywood, który przez kilka lat z sukcesem występował w Comedy Store - największym klubie komediowym świata. Zrezygnował, kiedy zobaczył, jak dużo ludzi w tym środowisku ma depresję, bierze narkotyki, wielu popełniło samobójstwo. Czy rozśmieszanie innych to sposób na radzenie sobie z własnymi problemami?

R.R.: To jest ciekawe zagadnienie, jakimi ludźmi są ci, którzy zawodowo rozśmieszają innych ludzi. Mówi się przecież o tzw. syndromie depresji komika, czyli o smutnym komiku. Z mojej perspektywy społeczność komików nie różni się od społeczności innych zawodów. To, że Robin Williams popełnił samobójstwo, Jim Carrey otwarcie mówi o swoich stanach depresyjnych i lękach, a John Cleese z „Monty Pythonów” często bywał na fotelu terapeuty, nie znaczy wcale, że wszyscy komicy tacy są. O nich się mówi, bo są na świeczniku. Myślę, że procent smutnych komików jest taki sam jak procent smutnych chirurgów, pracowników poczty czy kierowców tirów. Są komicy, którzy są depresyjni, smutni, komedią robią sobie terapię i próbują w ten sposób okiełznać swoje demony. A są też ludzie pogodni, na przykład tacy jak ja, których nigdy nie ciągnęło w stronę smutku i melancholii.

PAP Life: Na ile Rafał ze sceny jest tożsamy z Rafałem prywatnie?

R.R.: Stand-up tym różni się od aktorstwa tym, że teoretycznie wychodzę na scenę jako ja, Rafał Rutkowski prywatnie, który wpadł, żeby opowiedzieć kilka żartów. Takie wrażenie powinien odnieść widz. Jak to osiągnąć? Każdy komik robi to inaczej. Znajomi, którzy przychodzą na moje występy mówią: „Ty na scenie jesteś taki sam jak prywatnie, też taki zabawny". To jest największy komplement, jaki może się przydarzyć komikowi, więc używa się pewnych trików, myków i technik, żeby było wrażenie, że jestem na scenie w 100 proc. sobą. Do końca tak nie jest, bo jednak jest to wymuszona sytuacja. Wychodzę przed obcych ludzi, oni płacą pieniądze za to, żebym ich bawił, więc muszę być czujny i muszę być jednak zawodowcem. To jest moja praca. Ale staram się być jak najbliżej siebie w stand-upie, bo wtedy stand-up jest najbardziej autentyczny i najśmieszniejszy.

PAP Life: Czy publiczność dziś nudzi się szybciej niż kiedyś? Żyjemy w szybkich czasach, coraz więcej treści powstaje pod algorytm. Jak to jest w przypadku stand-upu?

R.R.: Rzeczywiście, ilość żartów, które są na Instagramie, TikToku, Facebooku czy na YouTubie jest olbrzymia. Wszyscy teraz są twórcami, robią krótkie skecze, filmiki. Zgadzam się, że ludzie szybciej się dekoncentrują. Stand-up jest trudną formułą, bo przez godzinę stoi jeden człowiek na scenie, niewiele się rusza, nie ma multimediów, nie ma muzyki, a on tylko mówi. Ale ludzie zawsze uwielbiali i chcieli słuchać ciekawych historii. To dotyczyło filmu, muzyki, obrazu. Moim zdaniem dziś najważniejsze zadanie twórcy - a to tyczy się też stand-upu - to dostarczyć ludziom oryginalną historię. To znaczy coś, co będzie wychodzić poza tę internetową sztampę. Wymaga to kreatywności, porzucenie takiego leniwego brania pierwszego z brzegu pomysłu. Wymaga wyjścia na ulicę, rozmawiania z ludźmi i zbierania materiału. Twórcy, którzy będą potrafili i chcieli to zrobić, zawsze skupią uwagę. Ja w to wierzę.

PAP Life: Podglądasz, co robią inni komicy?

R.R.: Absolutnie, zarówno tych najmocniejszych komików zachodnich, światowy top, jak i moich polskich kolegów, żeby wiedzieć, w jakim momencie jest polski stand-up. To mnie inspiruje. Tak jak zawsze chodziłem do teatru czy do kina, żeby oglądać kolegów czy z Polski, czy z zagranicy, co robią, jak grają. A poza tym, abstrahując od mojego zawodu, jestem wdzięcznym widzem. Lubię się śmiać, lubię oglądać komedię, stand-up, chodzić do kina. Więc gdybym nie był komikiem i aktorem, też bym to robił.

PAP Life: Najbliższe miesiące spędzisz w trasie, jeżdżąc od miasta do miasta. Nie masz dość takiego życia? W końcu jesteś facetem po pięćdziesiątce.

R.R.: Powiem ci, że ja się dopiero w stand-upie rozkręcam. Dlatego że dopiero teraz pewnego rodzaju moja dojrzałość i umiejętność sceniczna daje mi możliwość mówienia rzeczy, których jeszcze parę lat temu nie potrafiłbym powiedzieć ze sceny stand-upowej. Czuję, że jestem coraz lepszym komikiem i zamierzam jeszcze długo występować. A jeżdżenie w ogóle mnie nie męczy. Bo, po pierwsze, od początku mojej pracy zawodowej jestem aktorem jeżdżącym, więc u mnie to rzecz naturalna, że artysta jeździ. Po drugie bardzo lubię jeździć, u mnie to rodzinne. Kiedy patrzę na mojego ojca, matkę, wujków, to widzę, że wszyscy jesteśmy z takiego pnia ludzi podróżujących. Lubimy się przemieszczać, zmieniać klimat. Po trzecie - nie podróżuję sam, tylko z moją żoną, która tak się złożyło, że od kilku lat jest moją menadżerką. Nasze dzieci są już dorosłe, więc przeżywamy z Magdą tzw. drugi miesiąc miodowy, na który wcześniej nie mieliśmy czasu. Wreszcie, po czwarte - teraz po Polsce jeździ się bardzo dobrze. Są wspaniałe drogi, autostrady, infrastruktura jest super, więc jest to bardzo wygodne i raczej relaksujące niż męczące.

PAP Life: Jesteś nie tylko komikiem, ale też zawodowym aktorem. Przez wiele lat występowałeś na scenie. Jakie miejsce dziś zajmuje w twoim zawodowym życiu aktorstwo?

R.R.: Ze względów finansowych stand-up jest na szczycie. Po prostu wykonując fach komika można zarobić bardzo fajne pieniądze. Natomiast aktorstwo, z którego żyłem przez wiele, a teraz już nie muszę, daje mi olbrzymią satysfakcję. Nigdy nie porzucę aktorstwa, więc regularnie gram w teatrach. W każdym miesiącu można mnie zobaczyć na scenach teatrów Krystyny Jandy - przy okazji zapraszam serdecznie na najnowszą premierę z moim udziałem „Klub kawalerów” w Och-Teatrze. Poza tym, jeżdżę ze spektaklami po Polsce. Od jakiegoś czasu zauważyłem, że aktorstwo i stand-up zaczynają się u mnie fajnie przenikać, bo potrafię już czerpać z tych dwóch dziedzin sztuki. To też powoduje, że nie nudzę się ani jednym, ani drugim. Nie mam tak zwanego syndromu wypalenia, kiedy nagle czuję się, że chciałbym czegoś innego, bo uprawiam tę moją dwupolówkę. To jest nalepsza rzecz, jaka mogła mi się mi się przyprawić. Wymagała ode mnie sporo pracy i dyscypliny, żeby to pogodzić, ale teraz mogę uczciwie powiedzieć, że z tego czerpię.

Image
Rafał Rutkowski na próbe medialnej spektaklu "Klub kawalerów" w Och-Teatrze w Warszawie, 9 bm. Premiera 11 lutego. (obm/dw) PAP/Marcin Obara
Rafał Rutkowski na próbe medialnej spektaklu "Klub kawalerów" w Och-Teatrze w Warszawie, 9 bm. Premiera 11 lutego. (obm/dw) PAP/Marcin Obara

PAP Life: A film jest ci jeszcze potrzebny?

R.R.: Tak, aczkolwiek nie zabiegam o to. Jeżeli ktoś mnie chce, idę na casting. W każdym roku zdarza mi się wystąpić w jakimś kinowym filmie. Ostatnio zagrałem w „Lalce”. Cieszę się, że w tej wielkiej produkcji kinowej też miałem swój udział.

PAP Life: Zdradzisz, kogo grasz?

R.R.: Zagrałem fryzjera, który w pierwszej czy drugiej scenie, otwierającej film, goli Wokulskiego i rozmawia z nim o kobietach i jego przyszłości. Bardzo fajny epizodzik, czekam na premierę. A 8 marca rusza „Wojna zastępcza” - nowy serial na TVP, opowiadający o latach 90. Jest tam walka agentów, wojna na Bałkanach, a ja o dziwo zagrałem Tadeusza Mazowieckiego. Więc jestem ciekaw, jak to jak to wyszło. Reżyserzy po latach zaczynają mnie obsadzać w rolach niekomediowych, co też jest dla mnie nowym doświadczeniem.

PAP Life: Często mówisz, że nikomu nie polecasz aktorstwa. Ani twoja córka, ani syn nie poszli w twoje ślady. Zniechęcałeś ich?

R.R.: Nie musiałem, bo każde z nich znalazło swój pomysł na życie. Maja pracuje przy organizacji koncertów, więc jedną nogą trochę jest w artystycznym świecie. Natomiast syn studiuje zarządzanie na UW i pracuje w studenckiej organizacji konsultingowej. Cieszę się, że oboje nie będą poddani niepewności losu, którym ja zaznałem jako artysta. Ale ja jestem trochę crazy. To znaczy mam taką osobowość, że muszę robić coś szalonego i ryzykownego. Natomiast znając moje dzieci, gdyby któreś powiedziało, że chce zostać aktorem, to opowiedziałbym im o wszystkich minusach i wszystkich mrocznych stronach bycia artystą. A co by zrobiły, to już wtedy ich decyzja. Moi rodzice wspierali mnie w moich wyborach. Ufali mi i chwała im za to. Przeszedłem tę drogę minową sam i nie żałuję niczego. Bo w moim odczuciu odniosłem sukces i więcej wyciągnąłem pozytywów i cudownych chwil niż negatywów. Ale wiem, ilu ludzi w tym zawodzie zmaga się z trudnościami. Bo artysta bez sukcesu, to jest kompletna depresja. (PAP Life)

Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/ag/ grg/

Rafał Rutkowski – aktor filmowy i stand-uper. Absolwent PWST w Warszawie. Na swoim koncie na role w wielu filmach oraz serialach telewizyjnych. Od 1996 roku związany jest z Teatrem Montownia, którego jest współzałożycielem. Od kilkunastu lat występuje jako stand-uper. Jego najnowszy program nosi tytuł „Wehikuł czasu”. Ma 52 lata. Jest ojcem 25-letniej Mai i 20-letniego Jakuba. Jego żona, Magdalena Godlewska-Rutkowska, jest również jego menedżerką.

Zobacz także

  • Aktor i reżyser Jan Englert przed pokazem prasowym spektaklu Teatru Telewizji pt. "Bezimienne dzieło" Stanisława Ignacego Witkiewicza Fot. PAP/Albert Zawada
    Aktor i reżyser Jan Englert przed pokazem prasowym spektaklu Teatru Telewizji pt. "Bezimienne dzieło" Stanisława Ignacego Witkiewicza Fot. PAP/Albert Zawada

    „Bezimienne dzieło” w Teatrze Telewizji. Spektakl wyreżyserował Jan Englert

  •  Eric Dane. Fot. PAP/EPA/DAVID SWANSON
    Eric Dane. Fot. PAP/EPA/DAVID SWANSON

    Nie żyje Eric Dane, gwiazdor seriali „Chirurdzy” i „Euforia”

  • Mark Ruffalo. Fot. PAP/EPA/KYLE GRILLOT
    Mark Ruffalo. Fot. PAP/EPA/KYLE GRILLOT

    Mark Ruffalo wyznał, że był bliski porzucenia aktorstwa. Aż nominowano go do Oscara...

  • Aktor Łukasz Simlat na premierze filmu "Sezony" w reżyserii Michała Grzybowskiego. Fot. PAP/Piotr Nowak
    Aktor Łukasz Simlat na premierze filmu "Sezony" w reżyserii Michała Grzybowskiego. Fot. PAP/Piotr Nowak

    Komedia z Łukaszem Simlatem doceniona przez amerykańskich recenzentów

Serwisy ogólnodostępne PAP