O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Reżyser nowej „Lalki”: kręcenie tego filmu było jak Tour de France [WYWIAD, WIDEO]

Mamy genialnego solistę, jakim jest Marcin Dorociński, ale „Lalka” nie jest monodramem. To nie jest tak, że całą tę historię dałoby się opowiedzieć tylko na jego twarzy. Potrzebujemy całej orkiestry - mówi PAP Life Maciej Kawalski, reżyser i współautor scenariusza nowej adaptacji „Lalki”. Kręcenie tego filmu porównuje też do Tour de France, gdyż oba te wyzwania wymagają utrzymania najwyższego stopnia skupienia i zaangażowania przez bardzo długi czas.

PAP Life: Nie przestraszyłeś się, kiedy usłyszałeś propozycję, żebyś wyreżyserował „Lalkę”?


Maciej Kawalski: O „Lalce” zawsze marzyłem, uwielbiam tę powieść. Ale to nie jest tak, że od 10 lat chodziłem i pukałem w każde drzwi i mówiłem: zróbmy „Lalkę”. Kiedy zadzwonił do mnie producent Radek Drabik, umówiliśmy się na pierwsze spotkanie i zaproponował mi reżyserię i napisanie scenariusza „Lalki”, nie było ani jednej linijki tekstu. To oczywiście było dla mnie ogromne wyzwanie, ale zawsze mi się marzyło - użyję takiego porównania - tworzenie na dużej sztaludze. Orson Welles miał takie powiedzenie, że malarz, żeby pracować, potrzebuje sztalugi, a reżyser potrzebuje armii. I przy tej „Lalce” tak było, że uformowała się armia ludzi, fantastycznych współtwórców i obsady. To była niebywała przyjemność pracować z nimi wszystkimi. A jednocześnie, wszyscy mieliśmy poczucie dźwigania dużej odpowiedzialności. „Lalka” jest arcydziełem, utworem ważnym dla wielu Polaków, ulubionym, ukochanym. Ale, tkwiąc w strachu, nic się nie da stworzyć, więc to też wymaga przełamania nabożnego podejścia. Cały proces pracy nad „Lalką” jest - bo on się jeszcze nie skończył - ciekawym łączeniem sprzeczności. Z jednej strony, oddać hołd arcydziełu literackiemu, a jednocześnie, stworzyć coś zupełnie świeżego, nowego, co poruszy nawet tych widzów, którzy nie przeczytali książki. Bo, ostatecznie, musi to być samowystarczalny, osobny utwór.

Więcej

Krystyna Janda. Fot. PAP/Radek Pietruszka
Krystyna Janda. Fot. PAP/Radek Pietruszka

Krystyna Janda o „Zapętlonej”: to spektakl o kobiecie, która żyje tylko na własnych zasadach


PAP Life: Kiedyś Andrzej Wajda po zakończeniu zdjęć do jednego ze swoich filmów powiedział: „Wygraliśmy, bo dobrze obsadziliśmy”. „Lalka” ma obsadę marzeń, z wieloma gwiazdami. Czy takich aktorów jak Dorociński, Kondrat, Janda, Kulesza, Seweryn, Stuhr, itd., w ogóle trzeba było reżyserować? Czy oni po prostu przychodzili na plan i grali?


M.K.: To jest bardzo ciekawe zagadnienie. Najwybitniejsza orkiestra świata nie zagra bez dyrygenta. Mimo że mogą tam być najlepsi muzycy, najlepsi soliści. To nie jest tak, że reżyser ma kogoś uczyć aktorstwa - to w ogóle nie jest moje zadanie. Nie jestem acting coachem. Ale potrzeba jednej osoby, która jest w stanie trzymać tonację, tempo, trzymać jednego ducha utworu, bo inaczej zbyt szybko te rzeczy się rozsynchronizują. I to nie chodzi tylko o aktorów. Na taki film jak „Lalka” pracują - dosłownie - tysiące osób. Od obsady, przez współtwórców, ekipę filmową, statystów. To jest zbiór miliona malutkich decyzji, jak to jest oświetlone, jak udźwiękowione, jaka stworzona jest scenografia, jak zagrana scena, itd. Fascynuje mnie praca reżysera, bo sam własnymi rękami nie robię żadnej z tych rzeczy. Czyli nie oświetlam, nie szyję kostiumów, nie buduję, nie gram, itd. Natomiast tym, z czego miałem ogromną satysfakcję przy pracy z tak doskonałym zespołem, było to, że gdzieś czułem tego ducha utworu i byłem w stanie tak poprowadzić zespół, żebyśmy wszyscy stworzyli coś lepszego niż każdy z osobna.


PAP Life: Jak wybraliście obsadę?


M.K.: Nad obsadą pracowaliśmy od samego początku, wspólnie z Radkiem Drabikiem i z reżyserką castingu Nadią Lebik. Praktycznie jest to obsada, która naszej trójce się od pierwszego dnia wymarzyła. Tylko w bardzo nielicznych przypadkach terminy nie pozwoliły komuś wziąć udziału w naszej produkcji. Nie było castingów, wiedzieliśmy, kogo widzimy w konkretnej roli.

 

PAP Life: Kręcenie takiego filmu jak „Lalka” to ogromne przedsięwzięcie. Można przez taki proces przejść spokojnie?


M.K.: Nie da się, przynajmniej ja nie znam takich przypadków. To jest również ogromny wysiłek, jest wiele potknięć, upadków, momenty frustracji. Nie jest tak, że cały czas funkcjonuje się w strefie komfortu. W trakcie pracy coraz częściej zaczęły mi przychodzić do głowy jakieś metafory sportowe. Robienie tego filmu kojarzyło mi się z Tour de France. Mianowicie, Tour de France, nawet jeżeli kocha się jazdę na rowerze, nie jest przecież wyprawą po bagietkę. To są zdarte kolana, ból, frustracja, wściekłość. Po odcinku i mecie następnego dnia znowu trzeba przejechać te 150 km, a kolejnego jest 200 km, potem trzeba przejechać jakąś przełęcz i znowu jest 150 km, itd. I tak jest właśnie przy filmie, tu nie ma jednego sprintu, meta i finał. Trzeba utrzymać poziom skupienia i poziom zaangażowania przez niekończące się miesiące, kiedy czasami zdjęcia trwają po 16 godzin, czasami „spada” jakaś lokacja. Tych źródeł frustracji jest niekończąca się liczba. Zachowanie świeżości i entuzjazmu jest trudne. I to, co wtedy pomaga, to jest właśnie ten duch zespołowy, który się tutaj bardzo silnie wytworzył. I znowu wrócę do Tour de France. Wyścigu nie wygrywa jedna osoba, to zawsze jest zespół ludzi, którzy się wspierają. I dokładanie tak było tutaj. Mamy genialnego solistę, jakim jest Marcin Dorociński, ale „Lalka” nie jest monodramem. To nie jest tak, że całą tę historię dałoby się opowiedzieć tylko na jego twarzy. Potrzebujemy całej orkiestry, żeby opowiedzieć taką historię, a ta orkiestra tutaj jest absolutnie wybitna.


PAP Life: W jednej z ról zobaczymy Agatę Kuleszę. Podobno w czasie montażu „Lalki” odkryliście coś, co nazwaliście „efektem Kuleszy”. O co chodzi?


M.K.: W teorii montażu jest taki efekt, który nazywa się efektem Kuleszowa. Rosyjski filmowiec, Kuleszow, odkrył, że jeżeli zestawi się dwa niezwiązane ze sobą kadry, to umysł widza łączy je w całość. Czyli, jeżeli pokażemy portret mężczyzny, a potem szklankę wody, to widz myśli: „Aha, on jest spragniony”. A jeżeli pokażemy tego samego mężczyznę, a potem rower, to myślimy: „On chce pojechać na tym rowerze”. To jest właśnie efekt Kuleszowa. Natomiast my przy montażu „Lalki” odkryliśmy efekt Kuleszy, który polega na tym, że każda sekwencja, w której gra Agata Kulesza, staje się cztery razy lepsza.


PAP Life: Agata Kulesza wciela się w „Lalce” w panią Meliton, swatkę. Ta postać w powieści ma marginalne znaczenie, ale w filmie została wyeksponowana. To twój pomysł?

 

M.K.: Tak. Audiobook „Lalki” ma 33 godziny, a film może mieć dwie i pół, czyli mamy poniżej 10 proc. czasu naszego odbiorcy, a jednak potrzebujemy przekazać bardzo dużo informacji na temat tego świata, reguł, jakie w nim działają, żeby móc cieszyć się tą opowieścią. Pani Meliton jest absolutnie wyjątkową postacią, która u Prusa faktycznie gra dużo mniejszą rolę niż u nas w filmie. Ona jest bodaj jedyną osobą z całej plejady bohaterów „Lalki”, która zna pełen zakres tego świata - od biedoty, przez mieszczaństwo, do arystokracji. Dlatego pani Meliton tak urosła w naszej konstrukcji, że ona była idealną osobą do pogłębienia tego świata. Tak, żeby zarówno Wokulski zrozumiał, z czym się mierzy, ale i widz zrozumiał, z czym mierzy się Wokulski. Pani Meliton daje nam szerszy kontekst wydarzeń, które obserwujemy. A jednocześnie sposób, w jaki Agata podaje te informacje, jest absolutnie magnetyczny.


PAP Life: „Lalka” jest powieścią umieszczoną w XIX wieku. Jaki był twój pomysł na to, żeby filmowa „Lalka” była dziś ciekawa dla młodych ludzi, żeby pomyśleli: „Tak, to jest o nas”?


M.K.: Mam wrażenie, że do tworzenia dowolnego utworu można mieć dwa podejścia. Można mieć podejście od strony rynkowej, czyli spojrzeć, jakie są trendy, jakie są hasztagi, czym ludzie w danym momencie żyją, co się sprzedaje. I w taki sprytny sposób spróbować wykalkulować: „gwiazdy, duży budżet i to będzie strzał w dziesiątkę”. Moim zdaniem takie wykalkulowane podejście, które poniekąd często się udaje - w takim znaczeniu, że sprzedany jest jakiś produkt - jest nieuczciwe i widzowie to czują. Myślę, że w naszej „Lalce” wszyscy jako twórcy podeszliśmy do tego projektu bez takiego sprytu rynkowego. Chcieliśmy na każdym etapie produkcji stworzyć coś, co bardzo intensywnie porusza nas samych. Dla nas było ważne, żeby to było uczciwe. Czyli to nie ma być: mnie to nie rusza, ale widzowie to kupią. Tylko jeżeli mnie to nie rusza, to znaczy, że coś jest nie tak. Trzeba to przepisać, trzeba tę scenę inaczej zmontować, itd. Myślę, że tylko takie rzeczy, które są bardzo szczere i wypływają z najgłębszego pokładu własnej wrażliwości, są ponadczasowe. To wymaga ryzyka. Oczywiście nie wszyscy twórcy chcą je podjąć. To widać po dużych amerykańskich studiach, że filmy są coraz bardziej do siebie podobne. A jednak te filmy, które kochamy najbardziej, które przeżyły próbę czasu, do których się wraca od lat, to często filmy, w których twórcy podjęli dużo kreatywnego ryzyka. I wtedy można dużo przegrać, ale myślę, że tylko wtedy można zrobić coś ważnego, pięknego i poruszającego.


PAP Life: Rozmach „Lalki” robi wrażenie. Fragment Krakowskiego Przedmieścia wyglądał identycznie jak w XIX wieku, wybudowaliście piętrowy sklep Wokulskiego, który zapełniliście tysiącami rekwizytów. To było niezbędne?


M.K.: Rozmach jest zdecydowanie potrzebny, bo musimy roztoczyć pewien czar, stworzyć świat, do którego zapraszamy widzów. Jest takie sformułowanie w teorii filmu, jak wstrzymanie niewiary. Czyli widz wchodząc do kina wie, że ogląda fikcję, ale chce utworu na tyle dobrego, żeby na dwie godziny zapomnieć, że siedzi w kinie, że potem musi jechać do fryzjera, odebrać dzieci, itd. Ale żeby coś takiego mogło się wydarzyć, to ten świat filmowy musi być niesamowicie konsekwentny. Jakakolwiek mała rzecz, niedoróbka w kostiumie, w scenografii, w sposobie gry aktorskiej, w udźwiękowieniu, w muzyce, w zdjęciach potrafi wybić. Wtedy pęka ta iluzja i już widz nie jest w tej historii, już myśli o czymś innym. Dlatego stworzenie kompletnego świata, który ma swój rozmach, również wizualny, jest kluczowe przy takiej historii. To, jak została namalowana scenografia w „Lalce”, jest wielką pracą pionu scenograficznego, czyli Katarzyny Sobański, Marcela Sławińskiego i Anny Mocny, i całego ich zespołu - jest wiele dziesiątek osób, które nad tym pracowały. To wielka benedyktyńska praca. Najpierw dokumentacyjna, bo bardzo dużo opieraliśmy się na obrazach, na fotografiach archiwalnych. Wręcz jest tak, że oni ulicę po ulicy dokumentowali. To, co jest też fantastyczne, że bardzo dużo lokacji jest dokładnie tam, gdzie opisał je Prus. Czyli Łęccy mieszkali przy Alejach Ujazdowskich, a my kręciliśmy ich dom przy Alejach Ujazdowskich. Kiedy Wokulski spacerował po Łazienkach, my również kręciliśmy jego spacer przy Łazienkach. Jego sklep był przy Krakowskim Przedmieściu przy pomniku Kopernika - nasz sklep wybudowaliśmy w tym miejscu.

 

PAP Life: Jaka będzie ta „Lalka”?


M.K.: Myślę, że będzie poruszająca. „Lalka”, którą tworzymy - bo proces pracy nad filmem trwa - ma bardzo duży zakres emocjonalny. Czyli jest tam przestrzeń na humor, na przygodę, na braterstwo, na zazdrość, na konflikt, na gniew, na rozpacz. Takie pełne spektrum emocjonalne. Bo też Wokulski jest fantastycznym bohaterem do opowiadania. Jest takie piękne zdanie w powieści, które też znalazło się w filmie. Doktor Schumann, grany przez Maćka Stuhra, mówi do Stanisława Wokulskiego, granego przez Marcina Dorocińskiego: „Stachu, bo w tobie romantyk się bije z pozytywistą”. I myślę, że to właśnie czyni Wokulskiego takim magnetycznym bohaterem. Jest w nim praca organiczna, pomoc biednym, działania charytatywne, nauka, odkrywanie nowych horyzontów. Jest i handel. A z drugiej strony - wielka wrażliwość, wielki romantyzm, delikatność, umiejętność spojrzenia na świat i refleksja nad tym światem. To bardzołożony bohater, który nas prowadzi, dlatego chce się czytać tę książkę w nieskończoność. A, mam nadzieję, że i oglądać nasz film w nieskończoność. Wydaje mi się, że u Umberto Eco czytałem, że interpretacja utworu leży tylko w 50. procentach po stronie twórcy, a drugie 50. wnosi odbiorca. Czy to znaczy, że „Lalka” może być czytana inaczej niż Prus zamierzał? I czy to źle? Inaczej nasz film będzie odebrany na premierze, inaczej za 10 lat, czy jeszcze inaczej, gdy ktoś wróci do niego za lat 30. Przeżyje coś innego i nawet jeśli interpretacja będzie niezgodna z tym, co staraliśmy się zrobić, czy to źle? Myślę, że głównym sensem tworzenia wszelkich utworów jest to, żeby coś przeżyć, mieć jakąś głębszą refleksję, jakieś przeżycie, którego się nie spodziewaliśmy, spojrzeć na świat w jeszcze inny sposób.

 

PAP Life: Pisarze czasem mówią, że utwór wymyka się im spod kontroli, nie wiedzą, dokąd zaprowadzą ich bohaterowie. Z filmem jest podobnie, czy jednak trzeba mieć precyzyjny plan i konsekwentnie się go realizować?


M.K.: Myślę, że przy pracy nad filmem - przez to, że to jest dzieło zespołowe, że pracują na to dziesiątki, setki, są dni, że i tysiące ludzi naraz - to elementem podstawowym, żeby stworzyć coś wartościowego, jest odłożyć własne ego. Jeżeli będę walczył o swój pomysł tylko dlatego, że jest mój, a mój jest mojszy, to wiadomo, że powstanie coś okropnego. A tutaj naprawdę mieliśmy takie poczucie, że ten utwór nas jakoś prowadzi, że te indywidualne ega były odłożone na rzecz stworzenia czegoś pięknego. I mimo że było dużo prób, dużo przygotowań, to niemalże każdego dnia na planie wydarzało się coś w scenie, czego się nie spodziewaliśmy. Był jakiś prąd w powietrzu, jakaś iskra, która podpowiadała, co musimy zrobić. Ale nikt się tego nie spodziewał, dopóki kamera nie zaczęła pracować. To są magiczne momenty, kiedy naprawdę jest poczucie, że ten utwór zaczyna być mądrzejszy od twórców, którzy go wykonują.


PAP Life: Równolegle z waszą „Lalką” powstawał serial „Lalka”, którą produkuje Netflix. Jaki to miało wpływ na twoją pracę?


M.K.: Są dwa aspekty. Jeden jest taki, w którym nie miało to dla mnie najmniejszego znaczenia. Podobnie jak to, że wcześniej już powstała „Lalka” Wojciecha Hasa (film fabularny z 1968 r. – red.) czy serialowa Ryszarda Bera (z 1977 r. – red.). Tworzymy osobny utwór i na pewnym etapie, żeby zrobić coś najlepiej, jak się da, trzeba nawet odłożyć świadomość, że jest piękna powieść. Jeżeli dana scena nie działa, to nie jest żadne wytłumaczenie, że w książce też tak jest. To musi działać jako samowystarczalny organizm, który ma swój przebieg, ma swoje punkty zwrotne, swój nerw, swoją wrażliwość. Tak się akurat złożyło, że powstaje druga „Lalka”. Dla mnie było to wręcz miłe - przez to, że przy drugim projekcie pracują moi przyjaciele. Z Pawłem Maśloną (reżyser „Lalki” produkowanej przez Netflix - red.) znamy się jeszcze od studiów reżyserskich - obaj studiowaliśmy w Katowicach. Myślę wręcz, że powstanie drugiej „Lalki” może nam wzajemnie pomóc. Być może widzowie jednej produkcji, będą chcieli porównać ją z drugą, może tym bardziej zainspiruje ich to do ponownego przeczytania książki. Tym bardziej że „Lalka” wraca do dyskursu publicznego. Myślę, że to tylko dobrze.

 

PAP Life: Skończyłeś medycynę. Jak to się stało, że zawód lekarza porzuciłeś dla reżyserii?


M.K.: Studiowałem reżyserię równolegle z medycyną. I kiedy skończyłem medycynę, był taki moment, kiedy czułem, że nie mogę jechać dłużej równolegle na dwóch nartach, bo te narty już zbyt daleko się rozjeżdżają. Wtedy było już dla mnie klarowne, że tym, czemu tak naprawdę chcę się poświęcić, jest kino. Gdzieś czułem organicznie w ciele, że spędzenie nocy w szpitalu, nawet jako student, było dla mnie trudne, obciążające, a spędzenie nocy na planie wręcz przeciwnie – doładowywało mnie energią. Kino ma ten wyjątkowy aspekt, że tworzy jakieś wzmocnienie przekazu. Czyli że bezpośrednio, jako lekarz, byłbym w stanie mieć w ciągu roku kilka tysięcy pacjentów. Natomiast, pracując nad takim filmem, jesteśmy w stanie dotrzeć do milionów ludzi. I jest to dla mnie szalenie ciekawe, że można wysłać w świat jakiegoś rodzaju energię.


PAP Life: Czy medycyna przydaje się w reżyserii?


M.K.: Tak, mocno się przydaje. Reżyseria jest bardzo analityczna, tak jak bardzo analityczna jest medycyna - trzeba spojrzeć na najlepsze możliwe paradygmaty działań, żeby coś działało. To jest bardzo naukowe. Ale z drugiej strony medycyna wymaga ogromnej empatii. Lekarz, który tylko siedzi w Excelu, w tabelkach, w PubMedzie (anglojęzyczna baza danych obejmująca artykuły z dziedziny medycyny i nauk biologicznych – red.), ale nie ma empatii dla człowieka, z którym obcuje, myślę, że nie jest dobrym lekarzem i ludzie to czują. Ale z kolei lekarz, który byłby tylko empatią, ale nie miałby zasobu najświeższej wiedzy medycznej, byłby miłą osobą do pogadania, ale ostatecznie nie postawiłby dobrej diagnozy. Więc potrzebne jest i to, i to. Potrzebne jest duże skupienie, serce do tego, co się robi, jak również odłączenie od uczuć i umiejętność analizy, dlaczego, coś nie działa, jaki element należy wyjąć, przestawić, żeby on działał. Jakiegoś rodzaju metoda naukowa medycyny towarzyszyła mi bardzo mocno przy pracy nad filmem.


PAP Life: Wiesz już, jaki następny film będziesz kręcił?


M.K.: Mam kilka kolejnych projektów, nad którymi mam ochotę pracować. To są rzeczy współczesne, chciałbym zmienić miejsce i czas akcji. Ale jeszcze jestem za bardzo sercem i głową w „Lalce”, żeby na poważnie myśleć o innych rzeczach. Bardzo mi zależy, żeby ludzie przeżyli ten film, żeby został z nimi w sercu. Mam takie filmy, które uwielbiam, do których często wracam w myślach, mimo że widziałem je dziesiątki lat temu. Marzę, żeby tak było z tą „Lalką”. (PAP Life)

 

Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/ag/gn/


Maciej Kawalski – reżyser i scenarzysta filmowy. Ukończył studia medyczne na Śląskim Uniwersytecie Medycznym. Równoległe studiował w Szkole Filmowej im. Krzysztofa Kieślowskiego Uniwersytetu Śląskiego. Jego pierwszym pełnometrażowym filmem byli „Niebezpieczni dżentelmeni” w 2022 roku. Współscenarzysta i reżyser najnowszej kinowej ekanizacji „Lalki”, która wejdzie do kin 30 września 2026.

Zobacz także

  • Zdjęcia kinowej wersji filmu "Lalka". Fot. Materiały prasowe
    Zdjęcia kinowej wersji filmu "Lalka". Fot. Materiały prasowe

    Ukazał się pierwszy teaser filmowej "Lalki"

  • Zdjęcia kinowej wersji filmu "Lalka". Fot. Materiały prasowe
    Zdjęcia kinowej wersji filmu "Lalka". Fot. Materiały prasowe

    Premiera ekranizacji „Lalki” z Dorocińskim. Podano datę

Serwisy ogólnodostępne PAP