Rząd Japonii unika zajęcia stanowiska w sprawie operacji wojskowej USA w Wenezueli
Rząd Japonii unika zajęcia stanowiska wobec amerykańskiej operacji wojskowej w Wenezueli – zauważa portal Nikkei Asia. Tokio znalazło się między zobowiązaniami sojuszniczymi wobec Waszyngtonu, a naciskiem na przestrzeganie prawa międzynarodowego, kluczowego w japońskiej krytyce działań Chin i Rosji.
Stanowisko Japonii wobec sytuacji w Wenezueli
„Japonia będzie podejmować wysiłki dyplomatyczne na rzecz przywrócenia demokracji i ustabilizowania sytuacji w Wenezueli” – oświadczyła w poniedziałek premierka Sanae Takaichi. Szefowa rządu nie odniosła się bezpośrednio do przeprowadzonej w weekend operacji wojsk USA, w wyniku której uprowadzono wenezuelskiego przywódcę Nicolasa Maduro.
Jak podkreśla we wtorkowej publikacji Nikkei Asia, władze w Tokio mierzą się jednak z poważnym dylematem: sojusz z USA stanowi fundament bezpieczeństwa narodowego, ale poparcie działań mogących naruszać prawo międzynarodowe grozi zarzutem stosowania podwójnych standardów.
Japonia regularnie powołuje się na ideę rządów prawa, sprzeciwiając się próbom zmiany status quo na morzach Azji Wschodniej przez Pekin.
Sytuację polityczną komplikuje kalendarz dyplomatyczny. Operacja w Wenezueli nastąpiła niespełna dobę po rozmowie telefonicznej Takaichi z prezydentem USA Donaldem Trumpem, podczas której uzgodniono jej wiosenną wizytę w Waszyngtonie. Otwarta krytyka sojusznika w tym momencie jest dla Tokio wykluczona, a urzędnicy MSZ przyznają anonimowo, że „ocena sytuacji jest trudna”.
Milczenie Tokio wobec kontrowersyjnych działań Waszyngtonu
Nikkei Asia przypomina, że to kolejna sytuacja, w której Tokio wybiera milczenie wobec działań Waszyngtonu. W czerwcu ub.r., po amerykańskim nalocie na irańskie obiekty nuklearne, ówczesny premier Shigeru Ishiba również wstrzymał się od definitywnej oceny prawnej.
Obecna strategia dwuznaczności, w ocenie Nikkei Asia, może być interpretowana jako milcząca aprobata, mimo że reakcje światowe są podzielone – od ostrej krytyki ze strony Chin i Rosji, po niejednoznaczne sygnały płynące z Europy.
Krzysztof Pawliszak (PAP)
krp/ mal/ ep/