Sukces mierzony kompletem palców. Mateusz Waligóra o swoich zimowych wyprawach [WYWIAD]
Ostatnie lata poświęciłem wyprawom zimowym: przejście Grenlandii, dotarcie do szczytu Everestu z poziomu morza, zdobycie bieguna południowego, ale też przejazd rowerem zimą przez pustynię Gobi. Lubię powtarzać, że ukończyłem te wszystkie wyprawy i nadal mogę podpisywać książki, które o nich piszę, wszystkimi palcami. To są chyba moje najlepsze referencje – przyznaje w rozmowie PAP Life podróżnik Mateusz Waligóra. W piątek 20 lutego rusza na podbój skandynawskiej Arktyki.
PAP Life: Za kilka dni wylatujesz za koło podbiegunowe i rozpoczynasz kolejną wyprawę. Jaką drogę chcesz przejść tym razem?
Mateusz Waligóra: Będą to trzy trasy w skandynawskiej Arktyce. Pierwsza prowadzi przez płaskowyż Finnmarksvidda w norweskiej Laponii, położony już za kołem podbiegunowym. To jest miejsce, w którym do swoich wypraw przygotowują się norwescy polarnicy. Potem przemieszczę się do Szwecji, aby rozpocząć wędrówkę Królewskim Szlakiem Kungsleden. Będę przemierzał tylko jego część – około 120 kilometrów. Z kolei ten szlak jest dość popularny wśród polarników szwedzkich. Na koniec, czeka mnie największy płaskowyż w Europie - Hardangervidda w Norwegii. Całość trasy wynosi ponad 300 kilometrów, których pokonanie zajmie mi mniej więcej półtora miesiąca. To nie będzie specjalnie trudna wyprawa. Robiłem już znacznie trudniejsze, jak choćby na Antarktydę czy pustynię Gobi. Ale z wielu powodów będzie dla mnie wyjątkowa. Przede wszystkim, po raz pierwszy stanę na nartach po powrocie z bieguna południowego, do którego dotarłem w styczniu 2023 roku.
PAP Life: Byłeś już kiedyś w tych miejscach na Arktyce, czy to będzie twój pierwszy raz?
M.W.: Pierwszy raz będę na Finnmarksvidda. Na Hardangervidda byłem już dwukrotnie. To, tak naprawdę, poligon dla wszystkich polarników. Tam do swoich wypraw przygotowywali się najwięksi polarnicy – Nansen, Amundsen, Shackleton i Scott. Czyli te wszystkie osoby, które poprzez swoje książki zaszczepiły we mnie chęć do wędrowania przez miejsca odludne, ze szczególnym uwzględnieniem miejsc polarnych. Co prawda, Hardangervidda leży przed kołem podbiegunowym, między Oslo i Bergen, ale panująca tam aura jest naprawdę kapryśna. Częste śnieżyce i duże opady śniegu stwarzają wrażenie warunków arktycznych. W mediach społecznościowych będziemy relacjonować postępy tej wyprawy, jednocześnie nawiązując do wypraw arktycznych z lat 80. i 90., które dla mnie były taką ogromną inspiracją, a już nie są do powtórzenia. Bardzo mało osób wie, czym jest biegun południowy, północny i że do tego na północy już się nie dociera.
PAP Life: Dlaczego to już niemożliwe?
M.W.: Bo jest to jedna z najtrudniejszych wypraw, która wymaga idealnych warunków lodowych. O ile biegun południowy położony jest na Antarktydzie - kontynencie, o tyle biegun północny znajduje się na Oceanie Arktycznym, który na przestrzeni ostatnich lat zamarza w coraz mniejszym stopniu. Innymi słowy, idziemy po oceanie, który pokrywa lód, skaczemy po krach. Ostatnia wyprawa dotarła z kontynentu na biegun północny w 2014 roku. Dodatkowo dotarcie do bieguna to jest dopiero połowa drogi, potem jeszcze trzeba stamtąd jakoś wrócić. Była tylko jedna kanadyjska firma z bardzo doświadczonymi pilotami, którzy potrafili lądować na zamarzniętym oceanie i zabierać polarników. Ale prawda jest taka, że tamtych pilotów już nie ma i nie przekazali umiejętności kolejnemu pokoleniu. Dziś piloci arktyczni nie chcą ryzykować i nie podejmują się takich lotów. Więc nawet jeśli jakimś cudem udałoby się dotrzeć do bieguna północnego, to nie ma szans na powrót z niego. Kiedy zrozumiałem, że na północny już nie dotrę, było mi smutno. Niemniej jednak uwielbiam wędrówki narciarskie, wyprawy polarne, wyprawy zimowe, więc nadal będę jeździł do Arktyki kanadyjskiej, norweskiej, nie wędrując po samym Oceanie Arktycznym.
PAP Life: Dziś coraz mniej jest miejsc na świecie, gdzie nie ma turystów. Spotykasz ich na swoich trasach?
M.W.: Nie sądzę, abym miał wiele takich dni, kiedy nie spotkam nikogo, tak jak na Grenlandii czy na Antarktydzie. Rejony północne czy kraje skandynawskie od kilku lat cieszą się ogromnym interesowaniem. Wiele osób chce zobaczyć zjawisko zorzy polarnej, przejechać się zaprzęgiem, powędrować na nartach. Zauważam trend, że osoby, które wcześniej za punkt honoru stawiały sobie zrealizowanie ekstremalnej wyprawy w góry, kiedy już się tymi górami nasyciły, coraz chętniej spoglądają na tereny polarne.
PAP Life: Jakie temperatury będą panowały, kiedy tam dotrzesz?
M.W.: W ubiegłym tygodniu temperatura odczuwalna pośrodku Finnmarksvidda wynosiła minus 38 st. C. Natomiast teraz w prognozach widzę, że w kolejnych dniach temperatura się podniesie, będzie wynosić minus 17 st., do czego należy dodać wiatr 7 m/sekundę. Myślę, że odczuwalnie będzie w okolicach minus 28, więc będzie cieplej.
PAP Life: Czy w czasie takiej wyprawy jesteś samowystarczalny?
M.W.: Z założenia jestem samowystarczalny. Dzięki namiotowi i ekwipunkowi, który będę miał ze sobą, mogę biwakować wszędzie. Natomiast w miejscach, w których teraz będę, znajdują się też schroniska górskie. Chętnie zatrzymam się w schronisku na Finnmarksvidda, prowadzonym przez człowieka, którego rodzina mieszka tam od kilku pokoleń. Będzie w stanie powiedzieć mi kilka słów na temat tego, jak jego zdaniem w tym miejscu zmienia się klimat.
PAP Life: W czasie wyprawy będziesz prowadził obserwacje klimatu?
M.W.: Kwestie zmian klimatycznych, podejmowanych przez podróżników w trakcie ich wypraw, są bardzo popularne, bo są medialne. Uważam, że to bzdura. Nie można mówić o obserwacjach zmian klimatu, gdy jedziemy w jakieś miejsce raz czy dwa. „O, nie ma śniegu”, więc klimat się zmienił. Miałem tylko jedną sytuację, kiedy na własne oczy przekonałem się, że klimat zmienia się w danym miejscu w sposób namacalny. Był taki czas, gdy regularnie przez kilkanaście lat wracałem w peruwiańskie i boliwijskie Andy i z roku na rok widziałem, że w miejscu, w którym był lodowiec, teraz mamy lagunę polodowcową. To jest proces nieodwracalny. Mamy globalne ocieplenie i to jest fakt. Dane na ten temat mają eksperci z Instytutu Ochrony Środowiska, którzy zajmują się tym przez całe swoje zawodowe życie. Natomiast przekazywanie tej wiedzy jest czasem skomplikowane. Moje zadanie polega na tym, aby robić to w przystępny sposób.
PAP Life: Tegoroczna zima jest wyjątkowo surowa. Klimatyczni sceptycy triumfują: „Zaraz, ale gdzie to globalne ocieplenie, skoro jest tak strasznie zimno?". Co z tym klimatem?
M.W.: To naturalne, że nie wierzymy w ocieplenie klimatu, jeśli rano patrzymy przez okno, a za nim mamy znowu auto do odśnieżania. Pamiętam, że kiedy szedłem wzdłuż Wisły, to oprócz tematu pandemii, bo to był rok 2020, w mediach drugą najważniejszą informacją było to, że mamy suszę. Jednocześnie, wyglądałem przez okno i widziałem opady deszczu.
PAP Life: Zastanawiałeś się, dlaczego w mediach mówi się o suszy?
M.W.: Tak dokładnie było, przecież widziałem, że pada. Podchodziłem do tego wszystkiego tak, jak większość ludzi nierozróżniających pogody od klimatu. W końcu zrozumiałem, że chodzi o tzw. suszę hydrologiczną. Jeśli nie ma śniegu, to nie ma też zasobów wody, które zasilają wody gruntowe. Pamiętam rozmowę, którą wraz ze współautorem książki „Szlak Wisły”, Dominikiem Szczepańskim, przeprowadziliśmy wówczas z prof. Maciejem Sadowskim z Instytutu Ochrony Środowiska Państwowego Instytutu Badawczego, który już nie żyje. Powiedział, że problem polega na tym, że mylimy prognozy pogody z klimatem. Na podstawie jednej śnieżnej zimy mówienie o klimacie nie ma absolutnie żadnego sensu. Cały problem związany ze zmianami klimatu nie będzie polegał na tym, że zim nie będzie, tylko na gwałtowności zjawisk, które będą utrudniać nam życie na co dzień: burz, susz, ekstremalnych temperatur.
PAP Life: Niskie temperatury spowodowały, że Bałtyk zamarza. Pokrywa lodowa objęła już prawie jedną trzecią powierzchni.
M.W.: Ale nie zapominajmy, że kiedyś na Bałtyku wytyczano drogi i stawiano karczmy. Odzwyczailiśmy się od surowych zim. Kiedy przygotowywałem najnowszą wyprawę chciałem ją nazwać: „Gdzie są te zimy?". Jeszcze w grudniu, gdy byłem w Oslo i kompletowałem ekwipunek, było tam plus 6 st. i padał lodowaty deszcz. Powrót mroźnej i śnieżnej zimy zawdzięczamy globalnemu ociepleniu, a epicentrum tych zmian znajduje się właśnie w Arktyce. Ten fragment Ziemi ociepla się cztery razy szybciej niż reszta naszej planety, co prowadzi do drastycznego topnienia lodu morskiego, rozmarzania wieloletniej zmarzliny i szybkich zmian w ekosystemach. W tym roku sytuacja z wirem polarnym, czyli - najprościej mówiąc - układem wiatrów wokół bieguna, mogła rozwinąć się dwojako. Ta zima mogła być bardzo ostra albo w Europie, albo bardzo ostra w Ameryce Północnej. Okazało się, że była trochę ostra tutaj i trochę ostra tam. Zmieniliśmy nazwę wyprawy na „Gdzie skrzypi mróz”, ale można dopisać drugie pytanie: „Jak długo będzie jeszcze skrzypiał?”.
PAP Life: Podróżowałeś w różne rejony świata. Łatwiej znosisz zimno czy ciepło?
M.W.: Gdybym musiał wybrać, to byłoby mi ciężko. Fantastyczne jest to, że potrafię się odnaleźć w obu tych środowiskach. Natomiast wyprawy polarne, moim zdaniem, są najtrudniejszymi z tych, których można się podjąć. Szczególnie wtedy, kiedy wędrujemy sami, bazujemy na zapasach żywności, paliwa i tego wszystkiego, co mamy na sankach. Musimy funkcjonować w środowisku zamieci śnieżnych, silnych wiatrów, opadów. Na wyprawie polarnej są dwa źródła ciepła. Jednym jest kuchenka zasilana paliwem, która służy do topienia śniegu na wodę i dzięki tej wodzie możemy się napić, przygotować posiłek. Ale najczęściej mamy tego paliwa za mało, aby tą kuchenką dodatkowo się ogrzewać. Więc drugim źródłem ciepła, które sprawia, że czujemy komfort termiczny jest tylko nasze ciało. To trochę zmienia postać rzeczy, gdy zdajemy sobie sprawę, że jeśli chcemy suszyć odzież, to możemy to zrobić tylko na naszym ciele. Nowoczesna odzież wyprawowa, ale nawet wełniane swetry używane przed stu laty, kiedy są suche, to dobrze izolują. Ale kiedy są przemoczone, tracą swoje właściwości. Więc sztuka na wyprawach polarnych nie polega na tym, aby obawiać się niskiej temperatury, tylko efektywnie radzić sobie z wilgocią.
PAP Life: Zawsze zastanawiałam się, gdzie polarnicy myją się na takich wyprawach.
M.W.: Nigdzie. Gdy idziesz przez Antarktydę do bieguna południowego, to nie bierzesz prysznica przez dwa miesiące, bo go nie ma. Masz z sobą dwie paczki mokrych chusteczek, które oczywiście są zamarznięte na kość. Więc jeśli wiesz, że to pora na prysznic, a musi być pora na prysznic, bo najmniejsze otarcia mogą się zakazić po jakimś czasie, po prostu rozmraża się te chusteczki. Najpierw topi się śnieg, podgrzewa wodę, one się rozmrażają i wtedy możesz się nimi umyć.
Ostatnie lata poświęciłem wyprawom zimowym: przejście Grenlandii, dotarcie do szczytu Everestu z poziomu morza, zdobycie bieguna południowego, ale też przejazd rowerem zimą przez pustynię Gobi. Lubię powtarzać, że ukończyłem te wszystkie wyprawy i nadal mogę podpisywać książki, które o nich piszę, wszystkimi palcami. To są chyba moje najlepsze referencje. Żadnego palca na wyprawie nie straciłem, nie odmroziłem też się do jakiegoś poważnego stopnia.
PAP Life: Ile lat już podróżujesz?
M.W.: Właściwie całe swoje dorosłe życie, od 2005 roku. Już w liceum, kiedy moi rówieśnicy zastanawiali się, co chcą w życiu robić i na jakie pójść studia, ja wiedziałem, że chcę żyć z podróżowania. Okazało się to możliwe, ale ponieważ zajmuję się tym już tyle lat, mój organizm mówi powoli stop. Dostrzegam, że nie jestem niezniszczalny. Wiem, że w kolejnych latach wyprawy w odległe miejsca będą trudniejsze. Trzy lata temu, kiedy wróciłem z bieguna południowego, zacząłem zastanawiać się, co dalej. I tak powstał pomysł na Polaris Explorers, jedyne w Polsce biuro wypraw polarnych. Przez całe życie potrafiłem organizować wyprawy, robię to skrupulatnie i większość z nich zakończyła się sukcesem. Jeśli to jest unikalna wiedza, którą dysponuję, to chyba nie ma sensu pójść do dwuletniej szkoły stolarskiej i zacząć robić meble.
PAP Life: Masowa turystyka wpływa na degradację środowiska naturalnego. Chcesz do tego przyłożyć rękę?
M.W.: Długo się na tym zastanawiałem. W trakcie wyprawy na Mount Everest zbieraliśmy materiały do książki o tym, jak zmieniły się Himalaje. I nasza odpowiedź na pytanie: „Czy chcemy przyłożyć do tego rękę?” - mówię nasza, bo oczywiście nie prowadzę biura sam - polegała na rozważeniu, czy chcemy i możemy mieć wpływ na to, w jaki sposób osoby, które ruszą z nami na tę wyprawę, będą przyjmować Arktykę, jak będą opowiadać o tym dalej. Wierzę, że tereny polarne nie podzielą losu gór wysokich, nie staną się tak często odwiedzane.
PAP Life: Niedawno ukazała się twoja najnowsza książka „Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata”, którą tym razem napisałeś dla dzieci. Jesteś ojcem dwóch synów. Pisałeś ją z myślą o nich?
M.W.: Tak, chciałem opowiedzieć synom o wyprawie na Antarktydę od A do Z. Franciszek ma 11 lat, a Ernest 9. Dla nich zupełnie naturalne jest, że ich tata podróżuje, no bo przecież zawsze wyjeżdżał. Kiedyś Ernest, który zresztą dostał swoje imię na cześć Ernesta Shackletona, jednego z najsłynniejszych polarników, na pytanie, co robi tata, odpowiedział: „Tata jest podróżnikiem i produkuje książki". Pomyślałem, że może za dużo tych książek wychodzi, jeśli to już jest produkcja (śmiech). Ale wydaje mi się jednak, że tę najnowszą książkę może przeczytać każdy. Przed wyprawą na biegun południowy nie raz usłyszałem od dziennikarzy pytanie: „Czy nie boi się pan niedźwiedzi polarnych?”. Zastanawiałam się, czy mnie nie wkręcają, bo przecież niedźwiedzie polarne nie występują na Antarktydzie, tylko w Arktyce, czyli na północy. Wtedy dotarło do mnie, jak mało wiemy o tych miejscach, które są tak ważne i mają tak duży wpływ na nasze codzienne życie.
PAP Life: Czy narodziny synów zmieniły twoje podejście do podróżowania?
M.W.: To nie jest tak, że nie pojadę na jakąś wyprawę, bo jest niebezpieczna - jeśli o to pytasz. Natomiast zdobyte doświadczenie, umiejętności i to, że jestem odpowiedzialny za synów, za żonę, sprawia, że dużo łatwiej przychodzi mi zrobienie kroku wstecz. Jeszcze 15 lat temu czułem się nieśmiertelny. Po prostu jechałem, miałem cel, dążyłem do niego bez oglądania się za siebie i zazwyczaj go osiągałem. Od kiedy jestem ojcem, odpuszczanie przychodzi mi dużo łatwiej - robiłem to na swoich wyprawach wielokrotnie. Poza tym, coraz częściej podróżuję w miejsca bliskie. Nad Wisłą zrozumiałem, że nie chodzi o to, aby jeździć daleko, wysoko, coraz trudniej, coraz dalej, tylko że równie fascynujące przygody możemy przeżywać tuż za progiem swojego domu.
PAP Life: Ale nadal wyjeżdżasz na dalekie wyprawy. Nie masz czasami ich dość?
M.W.: Coraz częściej. Kiedy muszę wstać na pociąg w nocy, dociera do mnie, że już się do tego nie nadaję. Jest jeszcze jeden aspekt. Często wyobrażamy sobie, że jeśli możemy robić to, co kochamy, a jednocześnie żyć z tego, to tak naprawdę nie pracujemy. Kompletnie się z tym nie zgadzam. Nigdy nie miałem innej pracy niż podróżowanie, opowiadania historii, organizowanie wypraw, pisanie książek, artykułów. Ale kiedy organizujesz wyprawę - a to nieraz długi proces trwający wiele miesięcy, czasem nawet lat - nagle wydarza się w twoim życiu coś, co sprawia, że najchętniej przełożyłbyś ten wyjazd o rok.
PAP Life: Ale nie możesz, bo wszystko już jest umówione, umowy podpisane.
M.W.: No właśnie. Są partnerzy, jest ustawiona komunikacja, sposób opowieści, jest podpisana umowa na książkę. I wiesz, że musisz pojechać, chociaż nie czujesz, że to jest ten moment. To jest ta pułapka. Dlatego, żeby zachować ten żar i pasję do podróżowania, wymyśliłem sobie, że pójdę na kurs przewodników górskich. Byłem na takim kursie kilkanaście lat temu. Poznałem na nim swoją żonę i wówczas przestał mnie interesować - nigdy go nie ukończyłem. A teraz znowu jestem, wędruję i robię to tylko dlatego, że sprawia mi to frajdę. Wymaga ode mnie ogromnych nakładów sił, czasu - jeszcze jutro mam egzamin z fizjografii - ale mam z tego ogromną przyjemność. I wiem, że prawdopodobnie nigdy nie będę chciał prowadzić ludzi zawodowo po górach. Nigdy nie będę chciał zamienić tego w źródło swojego dochodu. Bo chcę mieć taką pasję, która nadal pozostanie pasją, a nie będzie pracą. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/moc/ag/ep/
Mateusz Waligóra dotarł samotnie do bieguna południowego, w pojedynkę przeszedł też pustynię Gobi. Zdobył Mount Everest z poziomu oceanu. 20 lutego wyleci z lotniska w Gdańsku i uda się za koło podbiegunowe. Tam spróbuje pokonać na nartach trzy klasyczne arktyczne trasy: płaskowyż Finnmarksvidda w norweskiej Laponii, Królewski Szlak Kungsleden w szwedzkiej Laponii oraz płaskowyż Hardangervidda w Norwegii. Większość tego czasu spędzi samotnie, ale dzięki łączności satelitarnej zamierza opowiadać o postępach swojej podróży w mediach społecznościowych. Autor wielu książek podróżniczych. W tym roku ukazała się jego publikacja dla dzieci - „Antarktyda. Wyprawa na kraniec świata”. Ma 40 lat.