W Polsce przybywa Łosi, ale rośnie liczba kolizji. Ekspert wskazał na dwa punkty [WYWIAD]
Kolizje z łosiami to nie tylko efekt wzrostu ich liczebności, ale też rozbudowy dróg i fragmentacji siedlisk – powiedział PAP dr hab. Jakub Gryz z Instytutu Badawczego Leśnictwa. Wyjaśnił, dlaczego łosie pojawiają się w miastach, czy naprawdę „upijają się” jabłkami i czy w Polsce będzie polowanie na łosie.
PAP: Kierowca autobusu, próbując 12 lutego wyminąć łosia, wjechał do rowu. 19 osób zostało rannych. Takich zdarzeń jest coraz więcej. Dlaczego łosie „wychodzą” na drogi?
Dr hab. Jakub Gryz: Sprawa jest bardziej złożona, niż się wydaje. Z jednej strony można powiedzieć, że łosie wychodzą na drogi. Z drugiej – że to my wjeżdżamy w ich przestrzeń. W ciągu ostatnich dekad przybyło łosi, dróg i samochodów. Coraz więcej tras przecina tereny leśne, doliny rzeczne i obszary przyrodniczo cenne. Te dwa procesy – odbudowa populacji i rozbudowa infrastruktury – po prostu na siebie nachodzą.
Problemem jest też brak jednolitego systemu zbierania danych o kolizjach z dzikimi zwierzętami. Policja odnotowuje „wypadek z dzikim zwierzęciem” i na tym często kończy się dokumentacja. Nie mamy ogólnopolskiej, spójnej bazy z rozbiciem na gatunki, miejsca i okoliczności, co utrudnia analizę i planowanie działań zapobiegawczych.
PAP: Statystyki z lat 2003-2019 mówią o co najmniej 467 udokumentowanych kolizjach z łosiami. Dziś tych zdarzeń może być więcej, bo też liczba łosi wzrosła.
J.G.: Populacja łosia rzeczywiście się odbudowała po nadmiernych odstrzałach w latach 90. W 2001 r. wprowadzono moratorium i od tego czasu liczebność tych zwierząt rośnie. Pojawiają się liczby od 30 do nawet 45 tysięcy osobników. Trzeba jednak podchodzić do nich ostrożnie.
Liczenie dzikich zwierząt w skali kraju jest niezwykle trudne, kosztowne, czasochłonne i obarczone błędem. W badaniach mojego zespołu stosujemy kilka metod równolegle: tropienia, liczenia odchodów jako wskaźnika zagęszczenia i fotopułapki. Każda metoda daje nieco inne wyniki. Dlatego bardziej wiarygodne jest mówienie o zagęszczeniu na jednostkę powierzchni niż o konkretnej liczbie łosi w Polsce.
Wiemy, że ich zasięg obejmuje mniej więcej połowę kraju – głównie Polskę północno-wschodnią i centralną. Doliny Wisły, Narwi czy Bugu pełnią funkcję naturalnych korytarzy migracyjnych.
PAP: Łoś kojarzy się z bagnami. Tymczasem coraz częściej widujemy go w krajobrazie rolniczym, a nawet w miastach.
J.G.: To prawda. Tradycyjnie łoś był postrzegany jako gatunek związany z torfowiskami i podmokłymi lasami – jak w rejonie Biebrzy czy Kampinosu. Dziś okazuje się, że jest znacznie bardziej plastyczny środowiskowo. Spotykamy go w sadach, mozaice pól i zadrzewień, a nawet w Warszawie.
Duże doliny rzeczne pełnią funkcję autostrad ekologicznych. Łosie przemieszczają się nimi w silnie przekształconym krajobrazie. Szczególnie młode samce w okresie dyspersji potrafią pokonywać znaczne odległości.
PAP: Czy liczebność łosi zbliża się do „pojemności środowiska”?
J.G.: To pojęcie jest dziś interpretowane ostrożniej niż kiedyś. Dawniej próbowano precyzyjnie wyliczać, ile osobników powinno żyć w danym lesie. Dziś wiemy, że ekosystemy są dynamiczne.
Łoś jest dużym roślinożercą. Zjada korę, gałęzie i pędy, zwłaszcza sosny. Przy wysokim zagęszczeniu może powodować szkody w młodnikach. Z drugiej strony historycznie duże roślinożerne ssaki mogły występować w większych zagęszczeniach, niż sądzimy. Nasza wizja „pierwotnego lasu” wciąż jest przedmiotem dyskusji.
PAP: Łoś ma specyficzny układ pokarmowy. Podobno nie trawi trawy tak jak krowa?
J.G.: To przeżuwacz z czterokomorowym żołądkiem, ale jego mikrobiota jest przystosowana do diety opartej na pędach, korze, gałęziach i roślinach wodnych. Zimą potrafi zjadać znaczne ilości kory. Latem brodzi w wodzie, a nawet nurkuje, by sięgnąć po rośliny denne. Ta wyspecjalizowana mikrobiota sprawia, że trudniej utrzymać łosia w niewoli. Rzadko widujemy je w ogrodach zoologicznych.
PAP: W Skandynawii pojawiają się doniesienia o pijanych łosiach, które po zjedzeniu fermentujących jabłek zachowują się agresywnie lub dezorientują. To możliwe?
J.G.: Takie historie rzeczywiście pojawiały się w mediach, zwłaszcza w Szwecji. Tradycyjne wyjaśnienie mówi o fermentacji cukrów i powstawaniu etanolu. Część biologów wskazuje jednak na inne możliwe wytłumaczenie – kwasicę żwacza, czyli zaburzenie pracy układu pokarmowego po spożyciu dużej ilości cukrów. Objawy – chwiejny chód, dezorientacja – mogą przypominać stan upojenia.
W Polsce nie zanotowano udokumentowanych przypadków takiego zjawiska. Naukowo nie udowodniono zależności między zjedzeniem jabłek przez łosia a obecnością alkoholu w jego organizmie.
PAP: Czy zmiany klimatu stanowią zagrożenie dla tego gatunku?
J.G.: Tak. Łoś jest gatunkiem zimnolubnym. Wysoka temperatura jest dla niego dużym obciążeniem. Fale upałów ograniczają aktywność i mogą wpływać negatywnie na kondycję. Coraz większym problemem jest też fragmentacja siedlisk.
PAP: Fragmentacja, czyli m.in. bariery na wschodniej granicy?
J.G.: Tak. Budowa zapór utrudnia przemieszczanie się zwierząt między Polską a populacjami na wschodzie. Łączność genetyczna jest ważna dla zdrowia populacji. Na razie nie mówimy o krytycznym zagrożeniu chowem wsobnym, ale izolacja zawsze jest czynnikiem ryzyka.
PAP: A jak wygląda sytuacja za Odrą?
J.G.: W przeszłości, jeszcze w czasach NRD, niechętnie patrzono na osiedlanie się łosi. Preferowano inne gatunki, jak daniele czy muflony. Dziś sytuacja jest inna – łosie pojawiają się w północno-wschodnich landach, głównie w Brandenburgii i Meklemburgii-Pomorzu Przednim, ale nie tworzą tam dużych, stabilnych populacji.
Warto też pamiętać o incydencie z żubrem, który kilka lat temu przekroczył Odrę i został odstrzelony – to pokazało, że duże zwierzęta budzą emocje i obawy.
Dla łosi w Polsce istotne zagrożenie stanowi postępująca izolacja od populacji żyjących na Białorusi i w Rosji. Budowa bariery i wszelkiego rodzaju infrastruktury obronnej na granicy, znacząco utrudnia łosiom i innym zwierzętom przemieszczanie się.
PAP: Jak wygląda życie społeczne łosi?
J.G.: Najczęściej obserwujemy pojedyncze osobniki lub niewielkie grupy – samicę z młodymi. Klępa często rodzi dwoje cieląt. Samce prowadzą samotniczy tryb życia, poza okresem rui przypadającym na przełom sierpnia i września.
Nie tworzą trwałych par. Rola samca ogranicza się do zapłodnienia. Młode po roku lub nawet później opuszczają matkę – to tzw. dyspersja.
PAP: Czy łosie mają naturalnych wrogów?
J.G.: Wilki mogą polować na łosie, zwłaszcza młode lub osłabione, ale to ryzykowna zdobycz. Dorosły łoś jest silny i może poważnie zranić drapieżnika. Dziś jednak głównym zagrożeniem pozostaje człowiek.
PAP: Czy należy wrócić do odstrzału?
J.G.: To temat powracający w debacie. Historia pokazuje, że łatwo przeszacować liczebność i produktywność populacji. Nadmierne odstrzały mogą szybko zniweczyć wieloletni wysiłek odbudowy. Decyzje powinny opierać się na rzetelnych danych.
PAP: Kiedy ryzyko drogowej kolizji z łosiem jest największe?
J.G.: Najczęściej w warunkach ograniczonej widoczności – nocą, jesienią i zimą. Zimą łosie podchodzą bliżej dróg w poszukiwaniu soli, którą chętnie zlizują. To zwiększa ryzyko.
Najważniejsze jednak pozostaje zachowanie kierowców. Znak „Uwaga dzikie zwierzęta” nie jest dekoracją.
PAP: Co w łosiu fascynuje pana najbardziej?
J.G.: To zwierzę jest jak żywy relikt przeszłości – potężne, majestatyczne, a jednocześnie wrażliwe na zmiany środowiska. Jego historia w Polsce to opowieść o zaniku i odbudowie. Pytanie brzmi, czy potrafimy z nim mądrze współistnieć.
Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)
mir/ agz/ ppa/