Życie w Dubaju toczy się normalnie, pomimo huku przechwytywanych pocisków. Korespondentka PAP o realiach w mieście
Obraz Dubaju widziany z ulicy – otwarte kawiarnie, spacerujące rodziny, działające galerie handlowe – różni się od nagrań krążących w sieciach społecznościowych. Miasto nie funkcjonuje jak w stanie wojny. Życie toczy się w miarę normalnie i nie jest przerywane sporadycznym hukiem przechwytywanych pocisków.
W sobotę rano, przed południem, pierwsze rakiety wystrzelone z Iranu dotarły do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W ciągu dwóch dni – według oficjalnych informacji – spadające odłamki zabiły trzy osoby w Abu Zabi i Dubaju, a 58 zostało rannych.
Dla Dubaju to sytuacja bez precedensu – miasto zbudowało swoją pozycję na wizerunku stabilności i dystansu wobec regionalnych konfliktów. Z perspektywy turystów, zwłaszcza tych, którzy utknęli na lotnisku po zamknięciu przestrzeni powietrznej, ataki rakietowe to realny problem. Codzienne życie większości mieszkańców nie zostało jednak zawieszone.
Brak oznak paniki i względna normalność wynikają nie tyle z nieuświadamiania sobie zagrożenia, lecz z przekonania, że system obrony działa. Władze poinformowały, że w kierunku Emiratów wysłano 541 dronów, z których przechwycono 506. Wystrzelono także 165 rakiet balistycznych – 152 zostały przechwycone, a pozostałe wpadły do morza – oraz dwa pociski manewrujące, które również zostały zneutralizowane.
W wielu dzielnicach, gdy dochodziło do przechwyceń, huk był wyraźnie słyszalny. Od wstrząsów drgały szyby w mieszkaniach. Zdarzało się to częściej w rejonach położonych bliżej obiektów wojskowych i wybrzeża.
Na ulicach ani w budynkach nie ma paniki. W sobotę samochodów było wyraźnie mniej niż zwykle. Trwa ramadan, więc w ciągu dnia i tak jest spokojniej, ponieważ wielu muzułmanów odpoczywa przed iftarem, czyli wieczornym posiłkiem. Po iftarze więcej osób pojawia się na ulicach. Jest wtedy chłodniej, więc mieszkańcy wychodzą na spacery.
W niektórych dzielnicach, zwłaszcza turystycznych i zamieszkanych głównie przez Europejczyków, część sklepów i punktów usługowych została zamknięta. W niektórych supermarketach w tych rejonach widać było mniejsze zapasy produktów spożywczych. Nie był to jednak obraz typowy dla całego miasta.
Największe galerie handlowe działały, choć nie było w nich tłumów. W wielu typowo mieszkaniowych częściach Dubaju nie było śladów robienia zapasów ani braków produktów.
W sobotę wieczorem w różnych częściach miasta nadal słychać było huki przechwytywanych rakiet. Mieszkańcy siedzący w kawiarniach na zewnątrz i spacerujący po promenadach spokojnie obserwowali na niebie przechwytywane pociski. Nie było syren alarmowych.
W nadmorskiej dzielnicy Al-Sufuh grupa mężczyzn paliła sziszę w kawiarni. Jeden z nich powiedział PAP, że przyjechali z różnych dzielnic, żeby razem obejrzeć mecz piłki nożnej. Drugi dodał, że jest z Libanu i „żadne rakiety nie robią na nim wrażenia”.
W ciągu weekendu w meczetach nie odwołano modlitw, w tym dodatkowych modlitw ramadanowych, które trwają kilkadziesiąt minut lub dłużej. W niedzielę w większości z kilkunastu dubajskich kościołów odbyły się msze.
W całym mieście doszło jednak do wielu incydentów wywołanych spadającymi odłamkami przechwyconych pocisków. W sobotę jeden z nich wywołał pożar przed pięciogwiazdkowym hotelem w popularnej dzielnicy Palm Jumeirah – sztucznie usypanej wyspie w kształcie palmy, jednej z najbardziej rozpoznawalnych inwestycji Dubaju.
Odłamki spadły także m.in. na teren lotniska w Dubaju, w rejon największego na Bliskim Wschodzie portu w Dżebel Ali oraz w pobliżu hotelu-symbolu miasta – Burdż al-Arab.
Władze ostrzegły influencerów i użytkowników portali społecznościowych przed publikowaniem „niezweryfikowanych” nagrań pokazujących miejsca upadku odłamków. W Emiratach regulacje dotyczące komunikacji w sieci bywają ściśle egzekwowane, a za naruszenia grożą dotkliwe kary finansowe.
Ataki rakietowe przeraziły Marwę, dermatolożkę z Jordanii, która mieszka w popularnej wśród turystów dzielnicy Marina. W odwiedzinach była u niej matka i obie postanowiły spędzić noc z soboty na niedzielę na parkingu podziemnym.
Nie było tam tłumów – jak przyznała – głównie Brytyjczycy. Obawiając się kolejnych ataków, w niedzielę zdecydowały się wyjechać do Al-Ajin, odległego od wybrzeża miasta przy granicy z Omanem. „Nie znalazłam tam nawet jednego wolnego pokoju w żadnym hotelu, nawet najdroższym. Ostatecznie zatrzymałyśmy się u znajomych” – powiedziała PAP.
Jedynie niewielka część mieszkańców Dubaju mogła pozwolić sobie na wyjazd – do innych emiratów, a nawet do Omanu czy Arabii Saudyjskiej. Większości ludzi nie stać na to, by z dnia na dzień porzucić pracę i zmienić miejsce zamieszkania, lub ufają w emirackie systemy antyrakietowe.
Mąż Egipcjanki Sziran wracał do Dubaju z USA, jednak po nagłym zamknięciu przestrzeni powietrznej nad krajami Zatoki Perskiej samolot zmienił kurs i wylądował w Rzymie. Sziran – jak powiedziała PAP, obawiając się o swoje bezpieczeństwo – by do niego dołączyć, musiała dostać się na lotnisko w stolicy Omanu, Maskacie. Granicę przekroczyła bez problemów, choć – jak relacjonuje – kolejka samochodów była dłuższa niż zwykle.
W niedzielę rano w turystycznej dzielnicy JBR było pusto, a na morzu nie było widać jachtów, choć zazwyczaj horyzont wypełniają dziesiątki jednostek. Później w ciągu dnia na deptakach pojawiło się jednak więcej osób.
Giełdy w Dubaju i Abu Zabi pozostaną zamknięte w poniedziałek i wtorek. W sektorze prywatnym zalecono umożliwienie pracy zdalnej, ale w wielu miejscach nie jest to stosowane. Dla większości mieszkańców poniedziałek będzie normalnym dniem pracy.
Z Dubaju Joanna Baczała (PAP)
baj/ ap/ mow/ grg/