Atom i niepodległość. Eksperci: decyzja Ukrainy o rezygnacji z broni jądrowej była znacznie bardziej złożona niż się dziś uważa
Decyzja Ukrainy o rezygnacji z broni jądrowej po rozpadzie ZSRR była wynikiem splotu czynników politycznych, technologicznych i międzynarodowych, a nie prostym efektem presji zewnętrznej - podkreślali uczestnicy spotkania wokół książki Centrum Mieroszewskiego „Nuklearna sukcesja” Mariany Budjeryn, które odbyło się w Warszawie.
Po rozpadzie Związku Sowieckiego Ukraina odziedziczyła jeden z największych arsenałów jądrowych na świecie, obejmujący m.in. międzykontynentalne pociski balistyczne i strategiczne bombowce. Jak wskazywano podczas dyskusji, państwo nie posiadało jednak pełnej kontroli nad tym potencjałem - systemy dowodzenia pozostawały w Moskwie, a utrzymanie arsenału wymagało zaplecza technologicznego i finansowego, którym Kijów nie dysponował.
„Ukraina była dosłownie naszpikowana bronią jądrową, ale ta broń >>jakby nie istniała<< z perspektywy państwa - wszystkie kluczowe decyzje zapadały w Moskwie” - mówiła podczas spotkania w Warszawie Mariana Budjeryn, badaczka bezpieczeństwa nuklearnego i polityki międzynarodowej (MIT / Harvard).
Jak podkreślała, nowo powstałe państwo musiało jednocześnie mierzyć się z głębokim kryzysem gospodarczym, budową instytucji i presją międzynarodową. – „Ukraina nie miała luksusu czasu, by spokojnie wypracować własną strategię” - zaznaczała.
Eksperci zwracali uwagę, że uproszczona narracja, zgodnie z którą Ukraina „oddała broń za nic”, nie oddaje realiów początku lat 90. i często pomija kluczowe ograniczenia, w jakich działał Kijów.
„Często pojawia się przekonanie, że gdyby Ukraina zachowała arsenał, dziś byłaby bezpieczna. Tymczasem byłaby to po prostu zupełnie inna rzeczywistość - niekoniecznie lepsza” - wskazywano podczas spotkania.
W dyskusji, w której wziął również udział Łukasz Kulesa (PISM) i Marek Świeczyński (Polityka Insight) podkreślano, że broń jądrowa nie jest jedynie kwestią posiadania głowic, lecz całego systemu obejmującego infrastrukturę, dowodzenie, zaplecze przemysłowe oraz wieloletnie koszty utrzymania. W tym kontekście określenie Ukrainy jako „trzeciej potęgi nuklearnej świata” może być mylące, ponieważ nie oznaczało ono pełnej zdolności operacyjnej.
Jednym z kluczowych tematów była również ocena Memorandum Budapeszteńskiego z 1994 r., w którym Stany Zjednoczone, Rosja i Wielka Brytania zobowiązały się do poszanowania suwerenności i integralności terytorialnej Ukrainy w zamian za jej denuklearyzację.
Jak podkreślano, dokument ten miał charakter polityczny i nie zawierał twardych gwarancji militarnych. Zdaniem uczestników spotkania jego słabość nie wynikała wyłącznie z zapisów, lecz także z faktu, że przez lata nie został wzmocniony realną współpracą wojskową i instytucjonalną.
Rosyjska agresja na Ukrainę w 2014 r. była momentem, w którym ograniczenia tego systemu stały się widoczne w praktyce. Jak wskazywano, to właśnie wtedy „na papierze” istniejące zobowiązania zostały poddane realnej próbie.
Ukraina próbowała odwołać się do zapisów memorandum, jednak brakowało mechanizmów zdolnych do ich egzekwowania.
Eksperci zwracali uwagę, że współczesna debata publiczna często sprowadza się do uproszczonego równania: broń jądrowa gwarantuje bezpieczeństwo, a jej brak zwiększa podatność na agresję.
„Dziś wraca uproszczone myślenie: broń jądrowa równa się bezpieczeństwo. A to po prostu nieprawda - rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona” - mówił Łukasz Kulesa.
W ocenie uczestników spotkania najważniejsza lekcja płynąca z doświadczenia Ukrainy dotyczy nie samej decyzji o rezygnacji z arsenału, lecz znaczenia trwałych struktur bezpieczeństwa.
Bezpieczeństwo państwa - jak wskazywano - nie opiera się na pojedynczym elemencie, lecz na systemie obejmującym sojusze, instytucje oraz wiarygodne zobowiązania międzynarodowe. Brak takiego systemu, a nie sama denuklearyzacja, jest kluczowy dla zrozumienia dzisiejszej sytuacji Ukrainy.