Dorota Masłowska: w moim świecie wszystko jest odwrotnie niż powinno
To, co dla mnie jest piękne, dla ludzi jest często nie do zniesienia. W moim świecie wszystko jest odwrotnie niż powinno - powiedziała w Studiu PAP pisarka i artystka Dorota Masłowska. Do sieci trafił jej i Wacława Zimpla „wakacyjny anty-banger” „Zapamiętaj te wakacje”, zapowiedź ich wspólnej płyty.
Masłowska jest najmłodszą laureatką Literackiej Nagrody Nike, którą zdobyła w 2006 r. w wieku 23 lat za książkę „Paw królowej”. Jej debiut „Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” stał się wręcz powieścią ikoniczną. Pisarka spełnia się także teatralnie i muzycznie. Jej najnowszym projektem muzycznym – wspólnie z kompozytorem Wacławem Zimplem – jest MY I JA. Po trwającej ponad rok wspólnej pracy zaprezentowali w czerwcu swój pierwszy singiel – „Zapamiętaj te wakacje” – będący, jak sami określili, wakacyjnym anty-bangerem. Utwór zapowiada album, który ukaże się w listopadzie, artyści nie zdradzają jednak jego tytułu.
Nowy album
– Utwory z płyty to pieśni dogorywającego świata. Łączy je poczucie końca świata, który znamy. Ten świat silnie się przekształca, a wszyscy stoimy na skraju, nad przepaścią. Płyta jest zatem zapisem stania na rozstaju dróg i pożegnaniem z czymś, co bezpowrotnie zanika, umiera. Tytuł, który wymyśliliśmy jest właśnie taki, ale na razie nie możemy go ujawnić – wyznała Masłowska.
Oceniła, że poprzez muzykę udaje się jej wyrazić rzeczy, które w literaturze są dla niej niedostępne, bo – jak wyjaśniła – jest za cwana, za przebiegła i za ironiczna. Podkreśliła, że swoim głosem może natomiast przekazać rzeczy „ekstremalnie szczere i prawdziwe”. – Litery i druk stanowią zaporę, przepierzenie między mną a odbiorcą. Jako pisarka jestem osłonięta wieloma warstwami różnych stylistycznych zabiegów. Natomiast mój głos – z emocjami, trudnościami – sprawia, że jestem naga i bezbronna. To jest w tym właśnie cudowne, żywe – powiedziała.
Zapytana, czy w ogóle lubi polskie lato, skoro napisała antywakacyjną piosenkę, artystka wskazała, że polskie tak, ale to w wydaniu warszawskim już niekoniecznie. – Ugrzęzłam w Warszawie ze względów związanych z pracą, ale już niedługo uda mi się stąd uciec – dodała. Powiedziała również, że w swoim życiu sporo czasu spędziła nad brzegiem Morza Bałtyckiego. – Uruchamia ono bardzo podprogowe, nieświadome pokłady mnie. Dlatego bardzo lubię tam być, bo czuję się zanurzona w wieczności – podkreśliła.
Wyznała, że chętnie przeczytałaby interdyscyplinarne opracowanie poświęcone temu, jak polski klimat i pogoda kształtują charakter narodowy i „psychopatologie”. – Polska aura wrzuca nas w różne ekstremalne warunki, które wpływają na naszą materialną rzeczywistość. Przez pół roku nurzamy się w błotach, krótki czas spędzamy w skarpetach przy kominku, a potem gotujemy się w upale, do którego nie jesteśmy przystosowani – powiedziała. Zaznaczyła jednak, że jej życie nie rządzi się normalnymi sezonami. – Jego zawirowania są ściśle związane z moją pracą, z tym, co akurat wezmę, w co jestem zaangażowana – czy robię teatr, płytę czy piszę książkę. To wyznacza mi pory roku i sposób, w jaki żyję – wyjaśniła.
Masłowska oceniła, że jako pisarka, artystka i muzyczka jest zainteresowana tym, żeby wywracać schematy. – W moim świecie wszystko jest odwrotnie niż powinno. To, co dla mnie jest piękne, dla ludzi jest często nie do zniesienia – wyjaśniła. Zaznaczyła, że powinnością artystki i artysty jest bezustanne poszukiwanie rzeczy, które w życiu społecznym, codziennym bierzemy za oczywiste, a one takie nie są. – Chcę patrzeć na to, co jest pod spodem. Jednak jeśli coś jest zakryte, to najczęściej nie jest zbyt ładne i czyste – dodała.
Powiedziała, że sporo rozmawia z ludźmi na spotkaniach autorskich o roli literatury we współczesnym świecie. – Często stykam się z założeniem, że literatura, zwłaszcza piękna, powinna być właśnie piękna. Że sztuka też powinna być piękna, że powinna pieścić w nas nasze marzenia, zachwyty i ogólnie to, co jest w nas wzniosłe oraz tęsknić za pięknem i harmonią. Jest to dopuszczalne podejście do sztuki, ale nieskończenie infantylne – podkreśliła.
Wyjaśniła, że w stechnologizowanym świecie, w jakim funkcjonujemy, sztuka ma dużo poważniejsze zadanie. – Jest strefą podświadomości naszej kultury, różnych naszych popędów, które przejawiamy jako społeczeństwo, ślepych widów, rzeczy, które są niejasne, tajemnicze. Artyści w tym grzebią, próbują z tym dyskutować, podważać. Wydaje mi się, że to jest strefa szczególnie ważna – powiedziała.
Nienawiść do artystów
Jednocześnie zwróciła uwagę „na wiszącą w powietrzu utajoną, ale coraz bardziej jawną nienawiść do artystów, podważanie sensu tego, co robią jako niemierzalnego, niewymiernego, nieprzenoszącego żadnego społecznego zysku”. – To zjawisko tyleż fascynujące, co niepokojące. Wydaje mi się, że takie wyrojone w toku betonowania się kapitalizmu w Polsce – wskazała.
Zaznaczyła, że „nagonka wybuchła w obliczu możliwości wsparcia artystów, ale też uznania, że to, co robią, jest potrzebne, pożyteczne i przeliczalne na ogólnospołeczną korzyść”. – To potrzeba zbiorowego oprotestowania tego, zaprzeczenia temu i ogłoszenia nas jednak osobami, które nic nie wnoszą, nie pracują, nie generują zysku – zaznaczyła.
W jej ocenie może to wynikać z kulturowego katolicyzmu. – Ludzie mają poczucie, że artyzm to coś nadprzyrodzonego, coś danego przez Boga, więc nieprzeliczalnego na pieniądze. Ten społeczny, prymitywny gniew, którego doświadczyliśmy, może być właśnie na czymś takim zasadzony. Ludzie myślą, że chcemy pieniądze za coś, co jest darem z góry – powiedziała.
Łączy się to też z wymaganiem, by artyści tworzyli piękno. To anachroniczna potrzeba. Ogólna tendencja jest jednak taka, by rozgrzebywać to, co trudne, brudne i ukryte. W ogólnym rozrachunku jest to niebezpieczne dla społeczeństwa, bo zagraża stagnacji, poczuciu bezpieczeństwa i okopaniu się w swoich przekonaniach.
Jej zdaniem jako społeczeństwo głupiejemy. – Sztuka jako sfera wolności, wyobraźni, w ogóle nieulegająca dynamikom i grawitacjom, którym ulega publiczny dyskurs, jest niebezpieczna, niewygodna. Wszystkie te resentymenty i gniewy wyrażają się właśnie w dyskusji o wspieraniu artystów – powiedziała.
Zaznaczyła, że tworząc kieruje się potrzebą wyrażenia czegoś, co uważa za ważne dla społeczeństwa, albo ważne dla niej samej, w jej życiu osobistym. – W motywacji jest jednak wątek przekazania, opowiedzenia historii, w której moi odbiorcy będą mogli odnaleźć swoje doświadczenie, choćby jego ułamek i w jakiś sposób zrekonstruować je w swoich umysłach, duszach – powiedziała.
Oceniła, że jest to „dziwna mieszanka potrzeb”. – One wynikają ze mnie i przynoszą korzyści tylko mojemu światu, ale robiąc to wszystko, jednak czując obecność kogoś, kto na to czeka, zrozumie i dla kogo będzie to przestrzenią wolności, drogowskazem, figurą życia duchowego – powiedziała, dodając, że postrzega praktykę i odbiór sztuki jako zjawisko duchowe, para-religijne w zlaicyzowanych okolicznościach, w jakich funkcjonujemy.
Rozkoszny stan
– Najadłam się aprobaty, jestem doceniona, zostałam nagrodzona. Eksperymentuję też z takimi przestrzeniami, gdzie właściwie na powszechną aprobatę na pewno nie mam szans. Ale to nie wpływa na to, co robię. To jest rozkoszny stan. Nie wiem jak długo potrwa, jak długo będę niezależna od aprobaty albo jej braku, ale to mi się podoba. To nowy wspaniały etap mojego wyzwolenia – podkreśliła artystka.
Zapytana o swoje plany, także te literackie – od napisania ostatniej jej książki, „Magicznej rany” minęły dwa lata, pisarka zaznaczyła, że „»Magiczna rana« rusza w świat”. Poinformowała, że jej adaptacje powstaną w teatrach w Dortmundzie (premiera jest planowana na luty przyszłego roku) oraz w Chicago. – Za parę miesięcy ukaże się także spektakl Teatru Telewizji, który napisałam z Kasprem Bajonem i w jego reżyserii. Po wydaniu płyty zagramy trochę koncertów, w tym jeden z Sinfonią Varsovią. Wtedy, kiedy zmęczę się moją tożsamością muzyczki, będę mogła ruszyć na spotkanie z literaturą – powiedziała.
Anna Kruszyńska (PAP)
akr/ dki/ know/