Ekspertka: schodzimy z maksimum cyklu słonecznego, zórz polarnych będzie coraz mniej
Maksimum obecnego cyklu słonecznego rozpieściło nas pod względem zórz polarnych, które można było obserwować nawet nad Warszawą. Teraz aktywność Słońca będzie spadać, a więc i zórz polarnych będzie coraz mniej – mówiła we wtorek w Studiu PAP badaczka jonosfery Helena Ciechowska z CBK PAN.
Jak tłumaczyła ekspertka z Centrum Prognoz Heliogeofizycznych Centrum Badań Kosmicznych PAN, aktywność Słońca występuje w około 11-letnich cyklach. Mierzy się je na podstawie liczby występujących na Słońcu plam. – W maksimum cyklu słonecznego mamy najwięcej tych plam. A w momencie, kiedy jest minimum, może być ich praktycznie zero – mówiła.
Obecnie tych plam jest coraz mniej, więc i aktywność Słońca będzie spadać. – Będziemy mieć mniej zórz polarnych, niestety – dodała Ciechowska.
Jak powiedziała, maksimum „rozpieściło nas”. – W styczniu była wspaniała burza geomagnetyczna, która rozświetliła niebo nawet nad Warszawą. Obserwowałam ją w centrum Warszawy, co jest po prostu niebywałe. Zwłaszcza że zanieczyszczenie światłem jest bardzo istotnym czynnikiem, który sprawia, że często nie jesteśmy w stanie zobaczyć tych zórz – opowiadała.
Zorze polarne powstają przez „bombardowanie” jonosfery ziemskiej naładowanymi cząsteczkami wiatru słonecznego. Same kolory zorzy wynikają z wysokości, na której jonizuje się atmosfera - i z rodzaju cząsteczek. Jak podawała Ciechowska, przykładowo tlen może świecić na zielono albo czerwono, a azot na niebiesko i różowo.
Dopytywana, czy latem też można obserwować zorze, potwierdziła, choć wskazała, że krótsza niż zimą noc nie sprzyja obserwacjom nieba.
Jak wyjaśniała ekspertka, jonosfera jest najwyższą warstwą ziemskiej atmosfery – rozciąga się na wysokościach od około 60 km do około 1000 km. To zjonizowana warstwa, najbardziej wystawiona na promieniowanie kosmiczne i ultrafioletowe.
Zaburzenia w jonosferze mogą powodować m.in. radiowe blackouty, które z kolei wpływają na komunikację radiową.
Ekspertka pytana, czy zatem jest możliwy kosmiczny blackout, który np. wyłączy systemy nawigacyjne, wskazała, że takie scenariusze są realne – i zresztą takie zjawiska w przeszłości zachodziły. Jedno z największych w historii tego typu zjawisk miało miejsce w 1859 r. i jest zwane Burzą Carringtona. Jak jednak dodała Ciechowska, było to w czasach, kiedy cywilizacja nie była tak rozwinięta pod względem elektroniki jak dziś. Ostatnia ekstremalna geomagnetyczna (czyli najwyższej kategorii) miała miejsce w maju 2024 r.
Wyrzuty koronalne masy (CME) ze Słońca na Ziemię „podróżują” około 20-70 godzin (w zależności od szybkości wiatru słonecznego). - W przypadku burzy Carringtona to było około 18 godzin, więc to jest dosyć szybkie. One potrafią się naprawdę przemieszczać z dużymi prędkościami, zwłaszcza gdy są wycelowane w kierunku naszej planety. Ale jest jednak trochę godzin na przygotowanie się i ewentualne wyłączenia, jakieś dostosowywanie parametrów na urządzeniach – podkreśliła.
Jak mówiła, mitem jest więc przekonanie, że burza słoneczna może zniszczyć życie na Ziemi, ale faktycznie zjawiska te mogą mieć katastrofalne skutki dla działania technologii czy systemów energetycznych.
Agnieszka Kliks-Pudlik (PAP)
akp/ bar/ know/