Hollywoodzki scenariusz Messiego, choć bez happy endu
Zaczęło się jak u Hitchcocka - trzęsieniem ziemi w postaci hat-tricka w pierwszym meczu, co zwiastowało, że to może być spektakl z 39-letnim piłkarskim artystą w roli głównej. Osiem goli, pięć asyst, kilka rekordów, ale zabrakło happy endu. Lionel Messi po raz drugi nie podniósł Pucharu Świata.
Będący u schyłku kariery zawodnik zachwycił publiczność zaangażowaniem, grą, bramkami, asystami, rekordami, które poprawiał praktycznie z meczu na mecz, a nade wszystko radością, z jaką występował na największej piłkarskiej scenie. Ośmiokrotny zdobywca Złotej Piłki zaprezentował najwyższej jakości dryblingi, podania, strzały i wersję siebie bliższą „złotej ery” z Barcelony niż zniechęcenia z czasów Paris Saint-Germain.
Zaczęło się spektakularnie. Już w pierwszym meczu strzelił trzy gole Algierii, jakby już przy pierwszej okazji chciał udowodnić, że w błędzie są wszyscy ci, którzy go skreślili z racji wieku i gry w Major League Soccer, czyli na peryferiach wielkiego futbolu. Choć niektórzy wskazywali, że tegoroczny odcinek, już szósty, serialu pt. „Messi w mistrzostwach świata” mógł się potoczyć inaczej, gdyby za ostre wejście w łydkę został ukarany, być może nawet usunięty z boiska, przez polskich sędziów.
Kapitan „Albicelestes” miał chłopięcy uśmiech, gdy cieszył się z goli, i był otoczony bezwarunkową miłością kolegów z drużyny i kibiców, którzy byli wniebowzięci. Wszystko zgodnie z tekstem przyśpiewki: „Za Falklandy, za Diego, za ostatni mecz Leo, Argentyno, chcę cię widzieć dwukrotnym mistrzem świata”, uznanej za nieoficjalny hymn tej reprezentacji, którą można określić jako „Messi i 10 żołnierzy”.
Drugi mecz - z Austrią - przyniósł niepowodzenie w postaci zmarnowanego rzutu karnego, ale Messi skończył go z dwoma golami i został najlepszym w historii strzelcem mistrzostw świata, poprawiając dorobek Niemca Miroslava Klosego.
Mimo kolejnego historycznego osiągnięcia, bohater skupił się na swoim niepowodzeniu. - Byłem bardzo zły z powodu tego karnego - przyznał.
W kolejnych spotkaniach ponownie nadawał ton wydarzeniom na boisku. Trafił bezpośrednio z rzutu wolnego przeciwko Jordanii (3:1), strzelił gola otwierającego wynik meczu z Republiką Zielonego Przylądka (3:2 po dogrywce) na początek fazy pucharowej, a z Egiptem (3:2) w dramatycznym pościgu uzyskał wyrównującą bramkę (na 2:2), choć wcześniej po raz drugi w tegorocznym mundialu nie wykorzystał rzutu karnego.
Później było 3:1 po dogrywce ze Szwajcarią w ćwierćfinale i wreszcie zwycięski półfinał z Anglią, kiedy Messi dwoma asystami otworzył drogę do bramki rywali najpierw Enzo Fernandezowi, a później Lautaro Martinezowi. Zabrakło tylko kropki nad i, happy endu w postaci wygranego finału i drugiego w karierze mistrzostwa świata.
Były za to łzy bohatera po tym, jak po odebraniu srebrnego medalu po trybunach niosło się „Messi, Messi, Messi”.
- Jego występ w tym mundialu to scenariusz godny Hollywood, scenariusz, który nigdy nie wydarzyłby się w prawdziwym życiu. Ten facet tworzy historię nogami. To coś nierealnego – upierał się w wywiadzie dla Fox Sports były francuski piłkarz Thierry Henry, który grał u boku "Pchły", jak wtedy nazywano Messiego, w barwach Barcelony.
Messi nie biegał już po boisku jak kiedyś, co więcej - jak wyliczyli statystycy - niemal połowę czasu na placu gry spędził spacerując. Ale zachowywał się jak doświadczony łowczy, który cierpliwie szukał okazji, by zaskoczyć swoją ofiarę. Raz był w środku boiska, raz schodził do boku, by za chwilę znowu wycofać się pod linię środkową. Jego kreatywność wymykała się wszelkim schematom.
- Może robić na boisku, co chce – przyznał szczerze trener Argentyny Lionel Scaloni, choć to stwierdzenie stanowiło odpowiedź na pytanie, czy po dwóch zmarnowanych „jedenastkach” nadal będzie podstawowym wykonawcą rzutów karnych.
Mimo prawie „40” na karku, można było odnieść wrażenie, że z każdym udanym występem w trakcie turnieju odzyskiwał młodość. Doskonale zna swoje ciało, nie szafuje siłami, unika zbędnych ruchów i może dlatego emanował energią nawet pod koniec meczów, a w fazie pucharowej nie zszedł z boiska nawet na minutę.
I pomyśleć, że 10 lat wcześniej, także na stadionie w East Rutherford pod Nowym Jorkiem, gdzie w niedzielę pożegnał się z mundialem, po porażce z Chile w rzutach karnych w finale Copa America, zrozpaczony i ze łzami w oczach po kolejnym niepowodzeniu ogłosił zakończenie reprezentacji kariery, mówiąc: - Zrobiłem wszystko, co mogłem.
Była to jego trzecia z rzędu porażka w meczach o tytuł i wydawało się, że - choć miał tylko 29 lat - już nigdy nie wywalczy wielkiego trofeum z zespołem narodowym. Wytrwał w tym postanowieniu niespełna dwa miesiące. Po licznych prośbach kolegów z drużyny, kibiców oraz po rozmowie z nowym selekcjonerem Edgardo Bauzą wydał oświadczenie, w którym zadeklarował powrót do kadry.
Spory o to, kto jest najlepszym piłkarzem wszech czasów, będą trwać do końca świata, a może i dłużej, ale tylko dwóch innych piłkarzy miało tak duży wpływ na sukcesy w mistrzostwach globu - byli to Brazylijczyk Pele i rodak, wielki poprzednik Messiego - Diego Maradona.
Messi zapracował na miano narodowego totemu, wokół którego gromadzą się koledzy z boiska, gdy porażka zaczyna zaglądać im w oczy.
- Jesteśmy grupą, która w obliczu przeciwności nigdy się nie poddaje, ale też nigdy się sobą nie męczy. Ale jak może być inaczej, skoro czerpiemy przykład z najlepszego piłkarza na świecie - zauważył Lautaro Martinez po półfinale z Anglią.
Ostatnie pięć lat w karierze Messiego, co zbiegło się z jego odejściem z Barcelony, to dwa triumfy w Copa America (2021, 2024) oraz mistrzostwo świata (2022) i wicemistrzostwo (2026).
Przyszłość „magika z Rosario” pozostaje nieznana, choć z Interem Miami, w barwach którego występuje w Major League Soccer, wiąże go umowa do 2028 roku. Niedzielny finał był jego 207. występ w niebiesko-białej koszulce reprezentacji, w której gra od 21 lat, a nie dał żadnych sygnałów, że to mu się znudziło. (PAP)
pp/ msl/ know/