Lider Dezertera: na hejcie zarabia się najlepiej [WYWIAD]
Przypuszczam, że ludzkość będzie musiała sobie poradzić z tym, co się dzieje w internecie, bo jeśli nie, to będziemy niedługo latać z maczetami po ulicach i się zabijać. Bo na hejcie zarabia się najlepiej. Wszystkie algorytmy są na to nastawione - powiedział PAP Krzysztof Grabowski, lider punkowego zespołu Dezerter.
PAP: Dezerter istnieje już mniej więcej 45 lat. To kawał czasu. Jak z takiej perspektywy postrzegasz polskie społeczeństwo? Zmieniliśmy się?
Krzysztof Grabowski: Ani polskie społeczeństwo, ani ludzkość jako taka specjalnie się nie zmieniają. Zmieniają się tylko warunki i okoliczności, w których przychodzi nam żyć. Zmienia się może mentalność, ale główne cechy pozostają bez zmian. Niezależnie od tego, w jakich czasach żyjemy - odsetek osób aktywnych społecznie jest taki sam. W każdym pokoleniu mniej więcej tyle samo ludzi interesuje się i angażuje. A większość się nie interesuje i nie angażuje. To jest niezmienne. Istotne jest to, że warunki polityczne i społeczne pewne cechy uwypuklają, a inne minimalizują. Ludzie się niestety na własnych błędach nie uczą. Robią w kółko to samo: miną dwa-trzy pokolenia, zdążą zapomnieć o tym, co było złe i straszne, więc robią wszystko dokładnie tak samo. I tak od zarania dziejów.
PAP: To może nie ma sensu pisać o tym piosenek? Ciągle coś ludziom wypominasz: „Boicie się buntować/ boicie się poddawać/ Boicie się żyć, boicie się umierać/ Boicie się nie bać. Kiedy trzeba...”. To z utworu „Tchórze” z 1987 r. Może lepiej śpiewać o miłości, może nie warto tak się angażować?
K.G.: Może. Po części to mój wybór, po części cecha charakteru – dążenie do tego, żeby się interesować i angażować. I próbować o pewnych rzeczach mówić, ze świadomością, jak niewielki mam wpływ na to, co się wydarzy. Ale sensem jest działanie, a nie bierność. Dzięki temu mam motywację, żeby wstać rano z łóżka. Bo oczywiście można być człowiekiem bez idei, który nie ma nic ciekawego do zrobienia, i wegetować. Ale to mnie nie interesuje, mnie się to nie podoba. Życie powinno mieć sens, choćby tylko dla mnie. Chociaż wiem, że jest dużo ludzi, którzy cieszą się z tego, co robimy. Powstało wiele matur opartych o nasze teksty, nawet magisterek i prac doktorskich. Tłumy przychodzą na koncerty. Coś po tym wszystkim jednak zostaje.
PAP: Na początku trudno było o to, by coś zostało. Pierwszy singiel wydany przez Tonpress w 1983 roku miał być częściowo oddany na przemiał, bo bardzo się nie spodobał władzy…
K.G.: To trochę mit. Było inaczej: nie tyle poszedł na przemiał, ile zabrakło winylu na drugi dodruk. Wszystko było wtedy przecież reglamentowane i ktoś się zorientował, że taka płyta nikomu akurat nie jest potrzebna. Więc winylu nieoczekiwanie zabrakło i dodruku nie było.
PAP: Na tym słynnym singlu jest m.in. piosenka „Ku przyszłości”. „Połączmy nasz wysiłek/ Zjednoczmy wszystkie siły/ Ojczyzna, ojczyzna czeka na Ciebie/ Towarzyszu miły!”. Po latach „towarzysza” zastąpił w nowej wersji utworu „kapitalista”. Tak się to zamieniło?
K.G.: To się wtedy odnosiło do konkretnego czasu, początku lat 90. Wystarczy zmienić jedno słowo – „towarzysza” na „kapitalistę” – i reszta się zgadza. Ci, których kiedyś mieliśmy za wrogów, poszli za głosem pieniędzy, chcieli się pokazać w nowych czasach, więc się przepoczwarzyli.
PAP: Ale ten czas to także teksty, które są aktualne dzisiaj. „Choroba”, rok 1994: „Bo demokracja ma drobną wadę/ Że każdy może być wybrany/ Nawet największy psychopata/ Jeśli wyborcy mu zaufali”.
K.G.: Wtedy to była analiza czasów i systemu, w których się znaleźliśmy i na które chyba byliśmy nieprzygotowani. A dziś już wiemy, jak bardzo jesteśmy nieprzygotowani na sytuację, w której demokracja nie ma żadnych bezpieczników, które by ją chroniły. Choćby po tych dziesięciu latach PiS-u stało się jasne, jak można naginać instytucje prawa tak, żeby robić, co się chce. Nie zważając na to, jaka była umowa społeczna. Szybko okazało się, że oni umawiali się na co innego, a my na co innego. Piosenka była rzeczywiście trochę prorocza, mówiła o tym, do czego może doprowadzić brak refleksji w demokracji, że każdy może być wybrany niezależnie od tego, czy jest np. lekko zaburzony, czy nie. Przez te 30 lat piosenka uaktualnia się każdego dnia. I coraz bardziej boleśnie.
PAP: To jest możliwe także dzięki bierności ludzi. Śpiewaliście w utworze „Plakat”: „Gdzieś daleko stąd ludzie boją się/ Wychodzić na ulicę, by powiedzieć »nie!«. Gdzie to jest?”.
K.G.: To miało wtedy wydźwięk ironiczny. Chcieliśmy mówić o ludziach, którzy mają odwagę, wychodzą na ulicę i protestują. Odwróciliśmy przekaz, bo był to czas, w którym trzeba było stosować gry słowne, żeby móc utwór wykonywać. „Gdzie to jest?” – wiadomo przecież, że to Polska lat 80.
PAP: Walczyliście wtedy z państwową cenzurą. A teraz istnieje cenzura?
K.G.: Oczywiście. Polega na czymś innym, kiedyś była polityczna, to władza decydowała, co może być publikowane. Teraz wygląda to inaczej: rozgłośnie radiowe służą do zarabiania pieniędzy. Nie do tego, żeby nam dostarczyć rozrywkę czy wiedzę. Więc są po prostu wielką tubą reklamową, wypełnioną pomiędzy jakąś treścią, która w miarę możliwości reklamom nie przeszkadza. A muzyka i słowa, które mają jakąś głębszą treść, zmuszają do myślenia – kolidują z reklamami. Jeśli masz piosenkę o tym, żeby nie dawać się zjeść konsumpcjonizmowi, to przeczy ona racji bytu takiej stacji. Więc się ją odrzuca. Ale w internecie można publikować do woli.
PAP: Na wielkich platformach cyfrowych. Tam jest wolność?
K.G.: Nie chcę użyć słowa „złodziejstwo”, więc powiem, że to jest bardzo sprytne posunięcie biznesowe. Był kiedyś olbrzymi rynek piracki, który powodował, że artyści byli okradani. I wtedy ktoś powiedział: dobra, to my zapłacimy jedną tysięczną centa za odtworzenie i nie będziecie już okradani. W ten sposób powstały wielomiliardowe biznesy, z olbrzymią szkodą dla artystów.
PAP: Ten mechanizm zarabiania na artystach da się jeszcze okiełznać prawnie?
K.G.: Nie mam pojęcia. Ale przypuszczam, że ludzkość będzie musiała sobie kiedyś poradzić z tym, co się dzieje w internecie, bo jeśli nie, to będziemy niedługo latać z maczetami po ulicach i się zabijać. Bo na hejcie zarabia się najlepiej. Wszystkie algorytmy są na to nastawione: żeby podkręcać tylko to, co wzbudza medialną burzę. A wzbudzają ją złe rzeczy. Jak napiszesz, że jesteś zadowolona z życia, to wszyscy to mają gdzieś, ale jak napiszesz, że nienawidzisz sąsiada, to cała ulica będzie zainteresowana. Tak to działa. Na razie jesteśmy w fazie bardzo negatywnej rewolucji. I trzeba coś z tym zrobić, bo tak się dalej nie da żyć.
PAP: Na wasze koncerty przychodzą ludzie w różnym wieku. Trzy pokolenia: 60 plus, średniacy, ale także najmłodsza generacja. Co mówicie do dzieciaków?
K.G.: My nie rozróżniamy ludzi według wieku. Uznajemy, że są na tyle inteligentni, że odnajdą się w tym, co prezentujemy. I to się sprawdza, bo młodzi ludzie nasze piosenki rozumieją. Być może po swojemu, ale komunikacja jest. Śpiewają teksty, znają je, są zaangażowani. Zakładam więc, że nie trzeba do nich mówić specjalnym językiem.
PAP: W piosence „Jezus” pada fundamentalne pytanie: „A co zrobisz, gdy rozkaz zabrzmi groźnie?/ Czy będziesz protestował, czy podawał gwoździe?”. Ten moralny uniwersalizm dotyczy każdych czasów. Młodzi ludzie mówią jednak czasem, że kiedyś było prościej dostrzegać różnicę między dobrem i złem.
KG: Mówienie, że „kiedyś było lepiej”, a „dziś jest gorzej”, nie ma sensu. Dopóki bomby nie spadają na głowę, nie należy porównywać obecnych czasów do lat 80. czy 90. Nie znoszę tego. Było inaczej – i tyle.
PAP: Nie powtarzasz „a za moich czasów”…
K.G.: Nie. Mam 30-letnich synów i oni czasem mnie pytają o różne rzeczy, wiem, że potrafią sobie wyobrazić tamten świat. No, może nie wszystko, bo ogólnokrajowego braku papieru toaletowego chyba nie sposób sobie wyobrazić… Ale to, że mieliśmy wtedy naprawdę kiepsko – można. Mówienie teraz komuś: „wy to macie dobrze, a my mieliśmy źle”, jest głupie. Nie działa.
PAP: Bo wybory moralne się nie zmieniają?
K.G.: Tak. Bo społeczeństwo w swojej masie się nie zmienia.
PAP: Wydaliście nową płytę „Wolny wybieg”, ale w obecnej trasie prezentujecie przekrojowy materiał. Wspomnienia się nie dają zmarginalizować?
K.G.: Płyta ukazała się w lutym, powstawała pomiędzy koncertami. Zajęło nam to pół roku i wiosną pojechaliśmy w trasę z tym materiałem. Teraz zmieniliśmy program na letnie festiwale i gramy sporo starych rzeczy, tak jak podczas Rocku na Bagnie w Goniądzu. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie, ale dopóki mamy z tego przyjemność, dopóki ludzie reagują na to tak, jak reagują, chce nam się grać.
Rozmawiała Zuzanna Dąbrowska (PAP)
Krzysztof Grabowski (ur. 1962) – współzałożyciel, perkusista i autor tekstów legendarnego punkowego zespołu Dezerter. Publicysta i pisarz, autor takich książek jak „Dezerter. Poroniona generacja” (2010) czy „Spytaj milicjanta” (2025), projektant ilustracji muzycznych i autor scenariuszy.
zuz/ miś/ ał/