Literaturoznawczyni: znikają całe miejscowości, gdy powstają nowe ośrodki przemysłowe
Czas przywrócić pamięć o poprzemysłowych „bliznach” w krajobrazach, np. wysiedlonych wsiach na terenach potrzebnych niegdyś do rozbudowy kopalń, hut czy elektrowni – opowiadała w rozmowie z PAP prof. Marta Tomczok, autorka książki „Blizny. Krajobrazy po przemyśle”.
Książka historyczki literatury i badaczki pamięci o przemyśle ciężkim z Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach zaczyna się od zdania, że większość miejsc, o których jest w niej mowa, już nie istnieje – zostały „wchłonięte” przez kopalnie, huty, elektrownie. W ocenie rozmówczyni takich terenów w skali kraju jest przynajmniej kilkadziesiąt. To m.in. miejsca wokół kompleksu energetycznego Turów (jak Opolno), miejsca wokół kopalni siarki przy Tarnobrzegu (jak Machów), miejsca wokół Bełchatowa, a także Śląsk – z opisanymi: Burowcem, Świerklanami i Szczygłowicami.
Przykładem, na którym w rozmowie z PAP prof. Tomczok opisuje tytułowe krajobrazowe „blizny”, są Szczygłowice (dzielnica Knurowa w woj. śląskim), a dokładniej – Czerwone Osiedle, zwane Mariensztatem. Jego historia sięga lat 50. ubiegłego wieku, kiedy powstało kilka domów wielorodzinnych, w których z czasem zamieszkało kilkaset osób. Był to rodzaj enklawy – przy domach ludzie uprawiali ogródki, hodowali zwierzęta.
Jak opowiadała autorka, w latach 70., kiedy kopalnia już istniała, mieszkańcy zaczęli zauważać coraz trudniejsze do zniesienia zmiany na osiedlu, jak popękane domy, wybijające szamba. Pojawiła się też woda w piwnicach, która coraz trudniej znikała.
Aż na początku lat 80. przychodzi na tyle dużo deszczu, że okoliczne ulice zostają zalane (…) To jest dla nich taki mocny sygnał, że chyba już lepiej nie będzie, że czas się wyprowadzić
Prof. Tomczok dodała, że osiedle najpierw zniknęło pod wodami Bierawki, naruszonymi przez kopalnie, w późnych latach 90. zostało zatopione przez wielką powódź, a na końcu – zasypane hałdą. Wtedy też – jak mówiła – zniknęła pamięć tego osiedla. Teraz historia ożywa m.in. za sprawą opisywanej książki, wystawy zdjęć prezentowanej w Domu Kultury w Szczygłowicach – dzielnicy Knurowa oraz działań ze społecznością lokalną.
Tego typu miejsca – „blizny” – są w ocenie autorki ciemną stroną uprzemysłowienia Polski w PRL-u. Wyjaśniła, że z jednej strony rozwój gospodarki i nowe miejsca pracy były potrzebne.
Ale z drugiej nie brano pod uwagę w ogóle kosztów środowiskowych, kosztów ekologicznych, czyli tych kwestii, które dzisiaj są dla nas szalenie ważne
Dziś jednak, kontynuowała, w zbiorowej pamięci jest coraz więcej miejsca na te „blizny”. – Ludzie zaczynają sobie zdawać sprawę (…), że koszty środowiskowe i koszty emocjonalne przede wszystkim związane z tym, co tutaj widzimy, są wyższe niż zyski ekonomiczne – dodała.
Dopytywana, czy jako społeczeństwo jesteśmy świadomi, że takie historie jak w przypadku Czerwonego Osiedla miały miejsce – zaprzeczyła. W miejscu, gdzie kiedyś było osiedle, nie pozostał po nim żaden ślad. - Nie ma tu nawet pamiątkowej tabliczki – powiedziała.
Jesteśmy jako Polska pod tym względem dosyć wyjątkowi, bo nasi sąsiedzi, jak Czesi czy Niemcy, pamiętają. I tabliczkami, i historiami, i książkami, ale też liczbami. Ostatnio dowiedziałam się, że w północnych Czechach pod odkrywki węgla brunatnego wysiedlono 220 tysięcy osób. To są duże liczby. Myślę, że w Polsce nie są one wcale mniejsze, ale żeby je ustalić, trzeba przede wszystkim pracy na archiwach, a ta jest bardzo utrudniona, ponieważ część tych archiwów znajduje się wciąż w zakładach pracy, część (...) w urzędach miejskich czy w gminach; są objęte RODO i dostęp do nich jest po prostu bardzo trudny
Jednocześnie dodała, że dawnym mieszkańcom tego typu miejsc i ich potomkom nie zależy na finansowych rekompensatach, ale właśnie na pamięci; żeby została „emocjonalnie zaspokojona” i znalazła „symboliczną rekompensatę”; aby zamiast sterty gruzu znalazła się tam chociażby pamiątkowa tabliczka. (PAP)
akp/ bar/ kgr/