O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Małgorzata Kalicińska o stracie męża i nowej powieści: nie będę tkwić w czarnej rozpaczy, bo lubię życie [WYWIAD]

Małgorzata Kalicińska, autorka m.in. popularnej serii „Rozlewisko”, powraca z poruszającą powieścią „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach”. To historia Marii, kobiety dojrzałej, wdowy, która próbuje poukładać swoje życie na nowo. – Ta książka jest kreacją, mimo, że traktuje o tym, co przez ostatnie osiem lat miałam za plecami – mówi PAP Life pisarka. W ubiegłym roku, po ciężkiej chorobie, odszedł jej mąż.

Małgorzata Kalicińska. Fot. Maciej Wróbel. Źródło: materiały prasowe
Małgorzata Kalicińska. Fot. Maciej Wróbel. Źródło: materiały prasowe

PAP Life: Nad swoją ostatnią książką „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach” pracowałaś w trudnym momencie swojego życia. Czy pisanie jej było dla ciebie jakimś rodzajem terapii?

Małgorzata Kalicińska: Zdecydowanie tak. I to na wyraźną sugestię mojego przyjaciela, lekarza, który wiedząc, co się ze mną dzieje - bo ja przez osiem lat opiekowałam się bardzo ciężko chorym mężem - powiedział: „Jesteś tak nastawiona na swojego męża, zalana kortyzolem, że musisz znaleźć coś dla siebie. Nie wiem: uprawiaj jogę, idź na wódkę, kawkę z koleżankami. Po prostu coś ze sobą zrób”. Nie jestem ani wódczana, ani kawkowa, ani jogowa. Dla mnie to literatura jest taką możliwością oderwania się. A ponieważ jest to książka kompletnie nieoparta na moim życiu, czy życiu moich przeszłych partnerów, tylko kreacją - to uciekłam sobie w pisanie.

PAP Life: Dostrzegłam jednak wiele podobieństw między tobą a Marią, bohaterką „Nostalgii”. Książka zaczyna się od śmierci drugiego męża Marii, który chorował na raka. Twój mąż też miał nowotwór, odszedł we wrześniu ubiegłego roku.

M.K.: Historia Marii naprawdę jest w oderwaniu ode mnie, mimo że traktuje o tym, co gdzieś przez ostatnie osiem lat miałam za plecami. Zresztą pierwszy, roboczy tytuł tej książki był „Zamknij mi oczy” i nawiązywał do bardzo znanego obrazu Jacka Malczewskiego. Sporo z nas, kobiet po 60-tce, zostaje wdowami, bo chłopaki troszkę szybciej nam umierają niż my im. I ten temat, że moja bohaterka zostaje wdową, był mi bliski. Kiedy Włodek usłyszał diagnozę, że ma najbardziej agresywny nowotwór jelita grubego, wiedzieliśmy dokładnie, w którą stronę idziemy i mimo że zawsze czeka się na cud, to też oboje byliśmy realistami. To nie jest tak, że mój mąż był przez wszystkie te lata obłożnie chory. Przez siedem lat to był sprawny, silny mężczyzna, ale cały czas żyliśmy w świadomości, że w tle jest to obrzydliwe raczysko. Rozmawialiśmy - oczywiście łagodnie, na temat śmierci. To jest taki temat, jak wściekły pies - wszyscy się go boją, ale można spróbować go z lekka obłaskawić. A wracając do mojej bohaterki… Maria jest podwójną wdową, a na szczęście mój pierwszy mąż ma się świetnie. Jesteśmy w dobrych kontaktach. Kiedy dowiedział się, że napisałam tę książkę, zapytał mnie: „Jest tam coś o mnie?”. Odpowiedziałam, że nie ma nic. Na to westchnął: „To nie mam po co czytać” (śmiech).

Image
Źródło: materiały prasowe
Źródło: materiały prasowe

PAP Life: Nie ukrywałaś choroby męża. Na Facebooku szczegółowo opisywałaś, jaki jest jego stan zdrowia, jakie badanie przechodzi, z kim się konsultowaliście, itd. Dlaczego właściwie to pisałaś?

M.K.: Rozmawialiśmy o tym z Włodkiem, czy mogę położyć na stole to nasze wspólne chorowanie, żeby okazać wsparcie tym wszystkim ludziom, którzy przeżywają tę chorobę samotnie w domu. Dzisiaj tak jest, że w zasadzie nie ma rodziny bez choroby nowotworowej. Nasza pani doktor - zresztą fantastyczna - powiedziała mi, że bardzo dobrze „prowadzę” Włodka. To znaczy, Włodek sam fantastycznie się prowadził, bo był bardzo posłusznym pacjentem, pilnował swojej dokumentacji, chodził do lekarzy, ale kompletnie nie umiał organizować tego wszystkiego, co się dzieje dookoła choroby nowotworowej. Bo jeśli chodzi o sam nowotwór, to zajmowała się tym nasza onkolożka. Natomiast wiadomo, że w takiej chorobie pojawia się mnóstwo różnych innych przypadłości i trzeba dla nich znaleźć lekarstwo, lekarzy. Od tego już byłam ja. Natomiast pani doktor mówiła, że spotkała takie małżeństwa czy pary, gdzie jedna strona była kompletnie bezradna: „Rany boskie, co ja mam robić?”.

Pomyślałam, zresztą już dość dawno temu, że warto o tym mówić i pisać, żeby chorowanie na raka nie było wstydliwe. Napisałam kiedyś książkę „Lilka”, która była bardzo mocno oparta na prawdziwej historii związanej z Majką, moją sąsiadką. Któregoś dnia przyszła do nas i powiedziała: „Pomóżcie mi, mam raka macicy i nie wiem, co dalej z tym robić”. I myśmy jej pomagali, na ile tylko żeśmy mogli. Myślę, że opowiadanie na Facebooku naszej choroby, oczywiście za zgodą Włodka, było właśnie takim wsparciem.

Nie wiem, czy kojarzysz może taką historię, którą opisałam na Facebooku: Włodek miał dwa razy straszny napad ciężkiej czkawki. Za pierwszym razem – jak cię mogę. Za drugim już naprawdę było kiepsko, bo przepona wpadała mu w taki rezonans, że nie mógł wziąć oddechu. Wtedy musiałam mu robić usta-usta i jak wychodziłam z domu, to zostawiałam mu worek AMBU (resustycytator ręczny, który służy do prowadzenia sztucznej wentylacji płuc – red.), żeby on mi się nie udusił. To są takie rzeczy, na które lekarze nie mieli wielkiej rady. W końcu znalazłam dojście do superneurochirurga onkologicznego w Warszawie, który dość szybko pomógł nam uporać się z tą czkawką. Ale w literaturze onkologicznej taki temat praktycznie nie występuje i wielu lekarzy, takich zwykłych internistów, nie ma zielonego pojęcia, co z tym zrobić.

PAP Life: A skąd ty wiedziałaś?

M.K.: Siedziałam w internecie, szukałam, dopytywałam się. Skończyłam SGGW, przez wiele lat byłam w szkole panią od biologii. Zawsze lubiłam seriale medyczne i wysysałam z nich wiedzę medyczną, nie bardzo śledząc perturbacje osobiste bohaterów. A Włodek był moim ukochankiem, chciałam zrobić dla niego wszystko, co możliwe. No i przyjaciele lekarze „na telefon”, pani doktor od płuc, pracująca też w hospicjum i dwóch świetnych lekarzy (jeden w Vancouver) na każde moje „pomóż mi, bo…”, dawali rady i prowadzili przez meandry opieki paliatywnej.

PAP Life: Mówisz o Włodku „ukochanek”. Bohaterka „Nostalgii” tak nazywa swoich mężów. Wymyśliłaś to słowo?

M.K.: Tak myślałam. Ale okazało się, że nie jest do końca moje. Ktoś mi zwrócił uwagę, że chyba ktoś już je używał. Kto? Muszę to sprawdzić. Zastanawiałam się, jak jednym słowem nazwać kogoś, kogo tak bardzo się kocha, jak ja kochałam Włodka, który był moim mężem, moim przyjacielem, moim kochankiem. Skupiło się w nim wszystko to, co najlepsze. I to słowo „ukochanek” najbardziej mi pasowało - wydaje mi się najbardziej pojemne, miękkie, dobre. Bo czasami się zdarza, że o swoim partnerze mówi się sucho: „mój stary” albo „mój mąż”. I w tym nie ma już tej iskierki, tego ciepełka. Ludzie są ze sobą z przyzwyczajenia, a miłość gdzieś po drodze umarła. A nasza miłość z Panem Inżynierem - czasami tak nazywałam Włodka, który z wykształcenia był inżynierem budowy statków - była naprawdę wielka i wyjątkowa.

PAP Life: Wasza historia to właściwie gotowy scenariusz. Zakochałaś się w mężczyźnie z internetu. On w Korei Południowej, ty w Warszawie...

M.K.: 18 lat temu to było niesamowite, ale dzisiaj to jest całkowicie normalne, że ludzie poznają się przez internet. Nigdy nie włóczyłam się po knajpach, pubach czy imprezach, to gdzie mogłam spotkać jakiegoś miłego pana? Na stacji benzynowej albo w sklepie? Tak się nie stało. Na początku wymieniliśmy z Włodkiem chyba z tysiąc maili. Mieliśmy sobie dużo do powiedzenia o wszystkim, ale nie wiedzieliśmy, jak wyglądamy. A potem on przyleciał do Polski na jakieś targi, gdzie miałam spotkanie z czytelnikami, poszliśmy razem na obiad, pospacerowaliśmy. Następnego dnia miał wyjeżdżać, ale został i spędziliśmy razem dwa tygodnie. Zakochałam się. Nie miałam nic innego do roboty w Polsce, więc poleciałam do niego do Korei. Kiedy Włodek przeszedł na emeryturę, zamieszkaliśmy pod Warszawą, wzięliśmy ślub.

PAP Life: Kiedy się poznaliście, byłaś już po debiucie pisarskim?

M.K.: Tak, „Dom nad rozlewiskiem” ukazał się 20 lat temu. Ale Włodek na początku nie wiedział, że piszę książki. Potem oczywiście przeczytał, spodobało mu się i czytał już każdą.

PAP Life: Pisarką zostałaś dość późno, będąc prawie pięćdziesięciolatką. Pisanie „Domu nad rozlewiskiem” to też był sposób na poradzenie sobie z traumą?

M.K.: Tak. Myśmy w poprzednim związku z Maćkiem, moim pierwszym mężem, stracili duży majątek na Mazurach. Psychologowie mówią, że takie bankructwo, na poziomie emocjonalnym, jest porównywalne z utratą kogoś bliskiego. W tamtym czasie wielu naszych znajomych wpadło w duże problemy finansowe i kończyło się to czasami rozwodami, zawałami serca albo wręcz jakimś wariatkowem. U nas nic takiego nie nastąpiło, tyle że straciliśmy wszystko. I jak siedziałam na tych Mazurach, czekałam na syndyka i musiałam masę różnych rzeczy sprzedawać, żeby w ogóle mieć na życie, to wtedy właśnie uciekałam w pisanie. To była taka autoterapia, ale pisałam totalnie do szuflady. Basia, moja córka, która wówczas studiowała marketing i zarządzanie, mówiła: „Kurczę, mamo, ogarnij i wysyłaj to. Jak ci ostatnie wydawnictwo powie, że nie, to nie. Ale musisz próbować”. Bo kiedy przyjeżdżała do mnie do Mazury, to czytałam jej, to, co napisałam. Zaczęłam wysyłać tekst do różnych wydawnictw. Na początku dostawałam same odmowy, w końcu znalazłam wydawcę w Poznaniu i to jemu zawdzięczam debiut i resztę.

PAP Life: Napisanie kilkusetstronicowej powieści to nie taka prosta sprawa. Miałaś wcześniej coś wspólnego z pisaniem?

M.K.: Nie, nigdy nie wysyłałam żadnych opowiadań do żadnych klubów młodych autorów, który na przykład kiedyś działał przy czasopiśmie „Na przełaj”. Ale powiem ci, skąd to się u mnie wzięło. Umiałam pisać listy, do mamy, do siostry. W pewnym momencie stwierdziłam, że taka listowna wypowiedź jest fajna. Pomyślałam sobie, że usiądę i zacznę sobie pisać coś takiego fabularnego jak książka. A ponieważ mam słomiany zapał, to byłam wręcz pewna, że po dwóch, trzech dniach mi przejdzie. Ale nie przeszło do dzisiaj.

Więcej

Zobacz galerię (6)
Małgorzata Szejnert. Fot. Tomasz Sikora
Małgorzata Szejnert. Fot. Tomasz Sikora

Małgorzata Szejnert: PRL to jest szary kolor [WYWIAD]

PAP Life: Przez 20 lat wydałaś kilkanaście książek. Kiedy piszesz, myślisz o czytelnikach czy o sobie?

M.K.: To jest bardzo dobre pytanie, bo właściwie ciężko mi na to odpowiedzieć. Gdybym powiedziała, że piszę dla czytelników, to brzmiałoby to tak, jakbym ulegała powszechnym nastrojom i robiła coś na zamówienie. Tego nie umiem i nie chcę. Na zamówienie tylko kilka swetrów udziergałam i to wszystko. Może bardziej piszę dla siebie. Ale z kolei, jak o tym powiedziałam kiedyś na targach książki, to pan prowadzący wywiad zwrócił mi uwagę, żebym nie mówiła tego głośno, bo tak robią grafomani. Może więc powiem przewrotnie: piszę dla siebie, ponieważ jestem też czytelniczką.

PAP Life: W swoich książkach świat wydaje się przyjazny, w ogóle nie dotykasz polityki. Zupełnie inaczej niż na swoim Facebooku, gdzie na bieżąco komentujesz wiele wydarzeń. Jesteś bardzo zaangażowana.

M.K.: Okropnie. Moja kuzynka napisała mi, żebym się zamknęła, bo w końcu do pierdla mnie wsadzą. Ale myślę sobie, że jeśli mnie, to jeszcze parę innych fajnych osób i stworzymy tam jakiś klub wzajemnej adoracji. Koledzy żartują, że będą obierać ziemniaki, ale ja mam być „na kuchni”. Coraz więcej osób odcina się od polityki. Mój syn zadał mi proste pytanie: „Po cholerę dygotać, denerwować się i zabierać sobie czas na sprawy, na które nie mam wpływu, poza tym, że idę i głosuję”. Pomyślałam sobie: „On ma rację”, ale jeszcze tak nie potrafię. Kiedyś nie byliśmy tak rozedrgani politycznie. Dopiero internet sprawił, że się tak szarpiemy, a ja tak ujadam politycznie. Muszę, bo chcę żyć w fajnej Polsce. Celowo jednak nie wplatam polityki i spraw społecznych do swoich książek, bo nie chcę powielać tego, o czym piszą pisarki zaangażowane. Wolałabym i sama też tak mam, żeby przy literaturze trochę wypocząć. Nawet jeżeli ona jest trochę smutna, zagadkowa czy stawia osobiste pytania.

PAP Life: Wiesz już, o czym będzie twoja następna książka?

M.K.: Bardzo wiele osób namawia mnie, żebym tę naszą historię z Panem Inżynierem, jego chorobą przerzuciła na papier, łącznie z rodzajem przewodnika, jak się opiekować osobą chorującą, z elementami psychoterapii „domowej”. Nawet zaczęłam ją już pisać. To byłaby fabuła z przesłaniem czy jakoś tak.

PAP Life: Jak radzisz sobie bez Włodka?

M.K.: Dwutorowo. Jeden tor to jest normalne życie, bo jest pies, są trzy koty, zimą ptaszki do nakarmienia, chałupa do ogarnięcia. Tym wszystkim po prostu trzeba się zająć. Natomiast ten drugi tor, dla nikogo niewidoczny, to jest takie pęknięcie w moim sercu, które się chyba w życiu nie zarośnie, bo nie sądzę, żebym znalazła jeszcze kiedykolwiek takiego mężczyznę jak Włodek. Był jedyny w swoim rodzaju i mam w sobie dużą niezgodę na to, że choroba odebrała mu życie.

PAP Life: Na miłość nigdy nie jest za późno. „Nostalgia” kończy się optymistycznie, bo Maria spotyka mężczyznę, z którym być może spróbuje sobie ułożyć życie.

M.K.: To jest związane z tym, że moja mama, która sama była „łabędzicą” i po śmierci taty to już nigdy nikt, miała koleżankę, która na cmentarzu, oporządzając grób ukochanego męża, poznała pana wdowca, który oporządzał grób swojej żony. Niedługi czas później chodzili sobie pod rękę, bardzo w sobie zakochani. To mi dało bardzo dużo do myślenia. Ostatnio na spotkaniu w Kielcach, podeszła do mnie pani i powiedziała: „Pani Małgorzato, wie pani, co nam najlepiej robi? Przyjaciel, mężczyzna. Potrzebni nam są w życiu inni ludzie, nie tylko rodzina czy psiapsiółki”. Mnie w trudnych chwilach moja rodzina bardzo pięknie otoczyła pomocą, ale jestem de facto sama. Za radą owej pani mam korespondencyjnych przyjaciół, gadamy sobie i to jest teraz rodzaj mojego życia towarzyskiego. Tak jest dobrze, a co się jeszcze wydarzy? Zobaczymy. Może moja wnuczka seniorka - ma 16 lat i zapędy artystyczne - zajmie mi trochę czasu, bo dorośleje i taka się robi komunikatywna? Młodszą mam nauczyć dziergać i heklować (szydełkować – red.). Może polecę do córki, do Australii i wyjdę za mąż za kangura? To oczywiście żart. Ale na 100 proc. nie będę tkwić w czarnej rozpaczy, bo lubię życie. (PAP Life)

Rozmawiała Iza Komendołowicz

ikl/moc/ag/

Małgorzata Kalicińska jest autorką bestsellerowej serii „Rozlewisko”, na podstawie, której powstał serial telewizyjny z Joanną Brodzik w roli głównej. Ma na koncie kilkanaście innych książek, m.in. dwie napisane z córką Barbarą. Jej najnowsza książka, „Nostalgia. Rzecz o moich ukochankach”, ukazała się 13 maja.

Autorka spotka się z czytelnikami podczas Międzynarodowych Targów Książki w Warszawie na Stadionie Narodowym w sobotę 30 maja. Będzie na stoisku wydawnictwa Poradnia K, numer 4/D3, od godziny 12.00.

Zobacz także

  • Okładka polskiego wydania książki. Fot. Krytyka Polityczna
    Okładka polskiego wydania książki. Fot. Krytyka Polityczna

    Opowieść z wnętrza wojny. W Polsce ukazała się książka Wiktorii Ameliny

  • Tratwy dla turystów na rzece Biebrzy w Biebrzańskim Parku Narodowym we Wroceniu. Fot. PAP/Michał Zieliński
    Tratwy dla turystów na rzece Biebrzy w Biebrzańskim Parku Narodowym we Wroceniu. Fot. PAP/Michał Zieliński

    Wyspa Konwaliowa i inne niezwykłe miejsca w Polsce. Gdzie warto się wybrać? [WYWIAD]

  • Kamel Daoud. Fot. PAP/EPA/CHRISTOPHE PETIT TESSON
    Kamel Daoud. Fot. PAP/EPA/CHRISTOPHE PETIT TESSON

    Usłyszał wyrok za napisanie książki. Władze Francji bronią pisarza Kamela Daouda

  • Aktorka Danuta Stenka. Fot. Materiały prasowe
    Aktorka Danuta Stenka. Fot. Materiały prasowe
    Specjalnie dla PAP

    Danuta Stenka po 20 latach wróciła do roli z „Nigdy w życiu!”. Polki wciąż dziękują jej za Judytę [WYWIAD]

Serwisy ogólnodostępne PAP