PAP: Co wymagało większej determinacji – dotarcie na rowerze z Zatoki Bengalskiej przez Indie do Lukli w Nepalu, a następnie marsz do bazy pod Everestem, czy pokonanie drogą pierwszych zdobywców odcinka między bazą a Dachem Świata?
Mateusz Waligóra: Większe wyzwanie stanowił odcinek rowerowy prowadzący przez Indie Wschodnie. To droga przez najbardziej zaludnioną część najbardziej zaludnionego kraju na świecie. Nie było momentu, kiedy z Kubą Rybickim – z którym byłem na tej wyprawie – mogliśmy się zatrzymać, rozejrzeć wokół i nie zobaczyć ani jednego człowieka. Co dla mnie, szczególnie jako introwertyka, było bardzo trudne. Żeby to przedstawić w liczbach, przypomnę, że w Polsce jest około 38 mln mieszkańców, tymczasem w samej prowincji Bihar, będącej jedną z trzech, które przemierzyliśmy, żyje 135 mln ludzi. To wymagało od nas ogromnej koncentracji. W pewnym momencie jej zresztą zabrakło. Mój mózg się wyłączył, gdy jechaliśmy wielopasmową drogą i wjechałem w stojący na poboczu motocykl, zaliczając potężną przewrotkę. Na chwilę straciłem przytomność. Jak relacjonował potem Kuba, który jechał za mną, myślał, że to już koniec. Nigdy też w swoim życiu nie byłem w sytuacji, w której uwaga całego świata wokół była tak bardzo skupiona na mnie. Byliśmy na tych naszych rowerach tak egzotycznym widokiem, że non stop fotografowano nas i robiono z nami selfie. To było bardzo przytłaczające. Mam całkiem sporo punktów odniesienia, bo byłem na rowerze na pięciu kontynentach, m.in. spędziłem półtora roku, jadąc przez Amerykę Południową od Ziemi Ognistej do Kolumbii trasą o długości 16 tys. km. I nawet to nie przygotowało mnie na to, czego doświadczyłem w Indiach.
PAP: Na takich wyprawach od roweru może zależeć życie. Czy to wciąż narzędzie, czy rower staje się raczej kompanem, towarzyszem?
M.W.: Szczególnie na wyprawie samotnej, kiedy jestem w bardzo trudnym, odizolowanym terenie, gdzie do najbliższego miejsca, w którym mógłbym uzyskać jakąkolwiek pomoc, od jakości roweru zależy moje zdrowie i życie; więc traktuję go jak partnera. Chyba najlepszym przykładem takiej relacji była moja ubiegłoroczna wyprawa zimowa przez pustynię Gobi. Przejechałem ją na rowerze typu fat bike. Zresztą był on ze mną już wcześniej – w 2013 r. w Australii, na trasie Canning Stock Route, która uchodzi za najtrudniejszą na Ziemi. Na Gobi przytrafiały się różne awarie, z którymi udawało mi się jakoś poradzić. Jednak 28 km przed końcem pękła rama. Oczywiście mogłem porzucić rower i – już na lekko – dojść do cywilizacji, by zakończyć wyprawę. Ale uznałem, że skoro razem ją zaczęliśmy, to razem ją skończymy, choćbym miał go ciągnąć. Jakoś zdrutowałem rower i w ten sposób dotarliśmy do końca. Po powrocie do Polski nie pozbyłem się tej ramy – nadal trzymam ją na pamiątkę w garażu.
PAP: Podziela Pan opinię, że Canning Stock Route w Australii to najtrudniejsza trasa rowerowa świata?
M.W.: Tak. Na żadnej wyprawie nie płakałem z wyczerpania tak często jak na pustyni w Australii. Nawet na Antarktydzie nie myślałem o jedzeniu i wodzie tak często jak tam, gdzie temperatura w cieniu dochodziła do 49 stopni Celsjusza. To była jedyna wyprawa, do której przygotowywałem się fizycznie w tak konkretny sposób, a mimo to były momenty, gdy jadąc przez wydmy Wielkiej Pustyni Piaszczystej – a jest ich ponad 900, z których wiele ma 35 m wysokości – po prostu wpychałem rower na szczyt, z którego widziałem kolejne, ciągnące się po horyzont. I płakałem z wyczerpania oraz poczucia, że sobie z tym nie poradzę, że to kompletnie przekracza moje możliwości fizyczne. Ta wyprawa trwała 28 dni. Straciłem 19 kilogramów, w dużej mierze w wyniku odwodnienia.
PAP: Opowiadając o podróży pod Everest, wspomniał Pan, że jest introwertykiem. Czy to zabezpiecza przed poczuciem dojmującej samotności w czasie wypraw?
M.W.: Gdy ruszamy samotnie przez pustynię, zdajemy sobie sprawę z tego, że raczej będziemy sami; większość moich wypraw prowadzi przez tereny, gdzie ludzi nie ma lub jest ich jak na lekarstwo. Ale ja lubię samotność. Na co dzień jestem otoczony rodziną, przyjaciółmi, ludźmi, z którymi pracuję. Więc ten moment, kiedy mogę pobyć sam na wyprawie, jest dla mnie odskocznią, metodą na zebranie sił mentalnych, okazją do przemyślenie wielu rzeczy, na których przemyślenie nie mam czasu na co dzień. Natomiast, kiedy trasa prowadzi przez nieco gęściej zaludnione kraje, to samotny rowerzysta jest postrzegany jako osoba, której należy pomóc, trzeba zapytać, czy czegoś potrzebuje. Gdy podróżujemy w pojedynkę, jesteśmy zagadywani częściej niż kiedy podróżujemy nawet w najmniejszym, dwuosobowym zespole. Te relacje po drodze nawiązują się po prostu łatwiej.
PAP: Czy wie Pan już, co będzie celem kolejnej rowerowej wyprawy?
M.W.: Owszem. Każdy z moich projektów jest nie tylko realizacją jednego celu, ale najczęściej zarazem przygotowaniem do kolejnego. W 2018 r. przemierzyłem pustynię Gobi pieszo, ale już wtedy myślałem o tym, że będę chciał na nią wrócić zimą na rowerze. Potem rozpocząłem wyprawy polarne. Najpierw przeszedłem Grenlandię, potem dotarłem do Bieguna Południowego, ale dopiero po nim wyruszyłem na Gobi zimą, wiedząc, że doświadczenie pozwoli mi zrealizować taką wyprawę w sposób bezpieczny i – najlepiej – zakończony sukcesem. Nie inaczej jest tym razem. Zebrałem doświadczenia z tych wszystkich wypraw, czyli umiejętność radzenia sobie w ekstremalnie niskich temperaturach, wykorzystanie roweru i serwisowania go w trudnych warunkach, a także postęp technologiczny – bo rozwój branży rowerowej to nie tylko rowery elektryczne, ale też niszowe marki stawiające na konstrukcje bardzo niekonwencjonalne. W ubiegłym roku na rynku pojawił się nowy fat bike wyprodukowany przez Amerykanów, z oponami o szerokości 6,2 cala. Są ogromne i w jeszcze mniejszym stopniu zapadają się w śniegu czy piachu. Moja kolejna wyprawa będzie więc w miejscu wyjątkowo zimnym. Myślę o wyprawie na Biegun Południowy – ściślej rzecz biorąc o trasie od brzegu Lodowca Szelfowego Rossa do brzegu Lodowca Szelfowego Filchnera. Zamierzam pierwszy odcinek pokonać na rowerze, a drugi na nartach, tym samym – jako pierwszy Polak – podejmując próbę dotarcia na rowerze do Bieguna Południowego, a jednocześnie dokonując pierwszego trawersu Antarktydy. Niemniej jest to projekt niezwykle zaawansowany, a jego koszt będzie oscylował w granicach dwóch milionów złotych. Dlatego dziś trudno powiedzieć, kiedy podejmę się jego realizacji.
Rozmawiał Grzegorz Rutke
Mateusz Waligóra – polski podróżnik specjalizujący się w wyprawach ekstremalnych, dziennikarz, fotograf i przewodnik. W 2025 roku jako pierwszy człowiek przejechał zimą Gobi na rowerze, pokonując 1285 km w skrajnych warunkach.
gru/ bst/ grg/