Michał Sikorski: komedia stała się w Polsce pożądana [WYWIAD]
Myślę, że jeszcze kilkanaście lat temu komedia nie miała tak dobrego PR-u jak obecnie. Dziś żyjemy w czasach, kiedy komedia znów stała się pożądana. W Polsce powstają bardzo ciekawe produkcje komediowe, w których aktorzy chcą grać – powiedział PAP Life Michał Sikorski, aktor znany z roli księdza Jakuba w serialu „1670”. Od niedawna możemy go oglądać w czwartym sezonie programu Prime Video, „LOL. Kto się śmieje ostatni”.
PAP Life: Co cię ostatnio rozbawiło, ale tak, że śmiałeś się całym sobą?
Michał Sikorski: W tym momencie trudno mi sobie przypomnieć konkretną sytuację. Ale z racji tego, że jestem tatą prawie sześciolatka, to codzienność z nim dostarcza wielu powodów do śmiechu.
PAP Life: Często się śmiejesz?
M.S.: Oj, myślę, że tak. Wydaje mi się, że poczucie humoru pozwala mi trzymać dystans, nie brać pewnych rzeczy na poważnie, przetrwać trudne chwile. Na pewno można z dużo większym komfortem przeżywać życie.
PAP Life: A co cię najbardziej rozśmiesza?
M.S.: Najbardziej bawią mnie rzeczy, których się nie spodziewam i te, których bym sam nie wymyślił. Takie cały czas się zdarzają i wzbudzają bardzo dużą radość u mnie.
PAP Life: Jesteś jednym z dziesięciu uczestników programu „LOL. Kto się śmieje ostatni”, który w skrócie polega na tym, że każdy stara się rozśmieszyć pozostałych, zachowując przy tym kamienną twarz. Zadanie trudne, bo w tej edycji, oprócz ciebie, wzięli udział m.in. Tomasz Karolak, Tomasz Kot, Kacper Ruciński, Mariusz Kałamaga i Ewa Kasprzyk. Odpadają ci, którzy nie potrafią powstrzymać uśmiechu. Nie zdradzę zakończenia, ale radzisz sobie znakomicie. Przyszedłeś do tego programu z jakimś planem?
M.S.: Przede wszystkim miałem takie poczucie, że najłatwiej kogoś rozbawić z zaskoczenia. W programie, kiedy dziewięć osób na raz chce cię rozśmieszyć, jest to trudne, ale jednak się udaje.
PAP Life: Kto okazał się najtrudniejszym przeciwnikiem?
M.S.: Na pewno jednym z najtrudniejszych był Kacper Ruciński, bo kiedy wszedłem do studia i zobaczyłem, kto tam jest, to uświadomiłem sobie, że praktycznie nie znam uśmiechniętej twarzy Kacpra. On zawsze, nawet, kiedy jest bardzo zabawny, jest śmiertelnie poważny i to było dla mnie największe wyzwanie, żeby jego rozśmieszyć.
PAP Life: Miałeś wymyślone żarty czy reagowałeś spontanicznie?
M.S.: Zasada jest taka, że dwa numery trzeba przygotować. Ale miałem takie poczucie, że trudno jest w tym momencie rozbawić uczestników, ponieważ wtedy wszyscy trzymają taką gardę, że teraz będzie atak. Wiedziałem, że trzeba po prostu być tu i teraz, reagować na to, co się dzieje w studiu. Kiedy nagle ktoś rzucił coś na totalnym spontanie i potrafił powiedzieć coś w dziesiątkę, najtrudniej było powstrzymać śmiech. I rzeczywiście pomiędzy numerami działy się absolutnie najbardziej zabawne momenty, bo one nie były zaplanowane i często ktoś mówił coś rozbrajającego zupełnie z zaskoczenia. Osobami, które atakowały w taki sposób, byli Tomek Kot albo Mariusz Kałamaga.
PAP Life: O czym myślałeś, kiedy w środku się gotowałeś?
M.S.: To jest oczywiście bardzo trudne, bo organizm sam reaguje. W tym programie w pewnym sensie trzeba mieć takie poczucie, że bez względu na to, czy podejmowane przez innych uczestników próby są śmieszne czy nie, trzeba zachować powagę jak na pogrzebie i nie można się zaśmiać, bo nie pasuje. To dość abstrakcyjne.
PAP Life: Czy aktorom w tym programie jest łatwiej czy trudniej? Bo aktor uczy się przecież, jak te emocje z siebie wydobywać i pokazywać, a nie ukrywać.
M.S.: Mam doświadczenia pracy w takich serialach, gdzie czasem trudno było powstrzymać śmiech, a jednak profesjonalizm wymaga, żeby się zachowywać i grać, a nie „gotować”. Natomiast dla mnie w „LOL-u” to była duża przyjemność spotkać aktorów, z którymi do tej pory nie miałem okazji pracować, a zawsze o tym marzyłem. Właściwie wszyscy uczestnicy, nie tylko aktorzy, byli bardzo otwarci na improwizację i to było dla mnie bardzo ciekawe, żeby w te improwizacje wchodzić, bo nie wiadomo do czego one zaprowadzą. W improwizacji istotne jest też to, że każdy pomysł jest dobry i żadnych pomysłów się nie neguje. Te historyjki czasem urastały do jakichś kosmicznych, absurdalnych rzeczy, ale nikt się nie wycofywał.
PAP Life: Czy z poczuciem humoru trzeba się urodzić, czy można się tego nauczyć?
M.S.: Dobre pytanie. Nie wiem, ale jeżeli się człowiek z tym nie rodzi, to jeśli wychowuje się wśród zabawnych ludzi, to pewnie można to poczucie humoru nabyć. Miałem to szczęście, że dorastałem wśród przezabawnych ludzi. Na pewno mój tata jest osobą, która ma bardzo duże poczucie humoru. Ale już w szkole podstawowej, później w liceum, na studiach miałem wspaniałych kolegów, od których można się było uczyć żartu. Bywały okresy, kiedy sam pełniłem rolę tzw. błazna, ale myślę, że były wokół mnie osoby jeszcze śmieszniejsze, które naprawdę potrafiły jechać po bandzie. W szkole teatralnej naszym mistrzem był profesor Roman Gancarczyk, którego uwielbiali wszyscy studenci i nawet na imprezach były konkursy na parodiowanie profesora Gancarczyka. On jest osobą piekielnie inteligentną, a przy tym arcyzabawną. Myślę, że jego poczucie humoru wiele osób ukształtowało.
PAP Life: Poszedłeś do szkoły teatralnej, bo chciałeś bawić ludzi?
M.S.: Dawanie ludziom radości to jedna z tych kwestii, która na pewno miała znaczenie. Moim zdaniem to ogromne wyróżnienie móc w ten sposób zarabiać na życie. Czasem jest to po prostu śmiech i humor, a czasem to coś głębszego, jakaś nadzieja czy otucha, którą przekazuje się w bardziej poważnych treściach. Zawsze ciągnęło mnie do komedii, lubiłem innych bawić i miałem wielkie autorytety, które to świetnie robiły. W „LOL-u” miałem okazję spotkać jedną ze swoich ikon lat dziecięcych i młodzieńczych, czyli Czarka Pazurę. Ale też zawsze podobały mi się takie postaci w filmach animowanych, jak Osioł ze „Shreka” czy Mike Wazowski z „Potworów i Spółki” - to byli tacy bohaterowie, którymi się inspirowałem. Cieszę się, że komedia mnie nie opuściła i mogłem jej w swoim życiu zawodowym doświadczyć.
PAP Life: Rozmawiałam kiedyś z Cezarym Pazurą, który powiedział, że żałuje, że tak dużo grał w komediach, bo to go zaszufladkowało i ma poczucie, że sporo ról dramatycznych mu umknęło. Czy dzisiaj granie w komediach coś zamyka, czy raczej otwiera?
M.S.: Myślę, że jeszcze kilkanaście lat temu komedia nie miała tak dobrego PR-u jak obecnie. Wydaje mi się, że dziś żyjemy w czasach, kiedy komedia znów stała się pożądana. W Polsce powstają bardzo ciekawe produkcje komediowe, w których aktorzy chcą grać. Na pewno nie jest to powód do wstydu. Doświadczam tego osobiście, bo jesteśmy kilka dni po premierze pierwszych odcinków „LOL-a” i dostaję bardzo dużo ciepłych wiadomości od widzów. Trudno przewidywać przyszłość i wróżyć z fusów, czy w moim przypadku będzie to coś, co tę drogę mi zamknie czy wręcz przeciwnie. Teraz przychodzą do mnie bardzo ciekawe propozycje i z nich korzystam. Oczywiście istnieje takie ryzyko szufladki. Przywołując tutaj Cezarego Pazurę czy Tomka Karolaka, można dywagować i pisać doktoraty, jak mogłaby się ich kariera potoczyć, ale to jest przecież absolutna czołówka polskich aktorów i ich role w polskich komediach przejdą do historii. Cezary Pazura na pewno jest aktorem wszechstronnym, zagrał bardzo dużo dramatycznych ról i myślę, że jest też osobą, na której kolejne pokolenia aktorów się wychowują. Dla moich rówieśników jest absolutną ikoną.
Profesor Gancarczyk mówił nam, że tak naprawdę w aktorstwie największa walka toczy się o to, żeby się nie bać kompromitacji. Bo czasem następuje moment ucieczki aktora, a tylko pełna wolność i niezważanie na tę kompromitację powoduje, że mogą powstać rzeczy unikatowe i jedyne w swoim rodzaju. Wydaje mi się, że warto kierować się zasadą: jak jest coś ciekawego, to po prostu trzeba w to wchodzić.
PAP Life: Czy żart powinien mieć granice?
M.S.: Mówi się, że powinno się móc żartować ze wszystkiego i zgadzam się z tym. Ale te wszelkie żarty powinny się odbywać w szacunku do drugiego człowieka. Lubię ludzi, nie chciałbym nigdy nikomu sprawić przykrości. Dla mnie żart kończy się wtedy, gdzie kończy się czyjaś wolność i czyjś komfort. A poza tym, jestem wierny sobie, o swoje dobre imię się nie boję. Jestem swoim największym krytykiem i mam poczucie, że zawsze można było zrobić coś lepiej.
PAP Life: Ogromną popularność przyniosła ci rola księdza Jakuba w kultowym już serialu „1670”. W jakim stopniu sam wymyśliłeś tego bohatera?
M.S.: Proces castingowy do tego serialu był bardzo długi, słyszałem o castingach dużo wcześniej, zanim poproszono mnie o self-tape’a. Po tym nagraniu dostałem zaproszenie do studia i zaproponowano mi castingowanie do zupełnie innej roli - starszego brata Stanisława. Po zagraniu kilku scen zostałem zapytany, czy mam jeszcze kwadrans i czy mógłbym się nauczyć jednej sceny do innej postaci. Tak się szczęśliwie złożyło, że wtedy miałem ten kwadrans i zagrałem scenę księdza Jakuba. Bardzo szybko dostałem telefon, że zostałem obsadzony. Zapytałem wtedy agentki: „Ale jako kto?”. I ona mówi: „No do księdza". Pomyślałem: „Trudno, to jakaś poboczna rola", bo wtedy oczywiście nie miałem dostępu do scenariusza. Kiedy go już przeczytałem, zorientowałem się, co to za postać i dość szybko ją wymyśliłem, a odważni reżyserzy, którzy tworzyli serial, pozwoli mi to zrobić po swojemu. Teksty są w pełni napisane przez Kubę Rużyłło i są po prostu fantastyczne, nie ma w nich, co zmieniać czy poprawiać. A wszystko to, co pomiędzy tymi tekstami - sposób mówienia, wygląd, chodzenie, zachowanie - to mój pomysł.
PAP Life: Za chwilę premiera trzeciego sezonu. Czy kolejne transze kręciło się łatwiej?
M.S.: Na pewno kręcenie drugiego sezonu wiązało się z poczuciem, że oczekiwania są bardzo duże. My od początku bardzo wierzyliśmy w ten projekt, ale też myśleliśmy, że robimy to dla widza, który jest fanem gatunku. Chyba nikt w najśmielszych snach nie wyobrażał sobie, że taką furorę zrobi ten serial. I po premierze pierwszego sezonu, kiedy okazało się, że Polacy absolutnie pokochali Adamczychę i jej mieszkańców, zaczęły się ogromne prośby o kontynuację. Ale po skończeniu drugiego sezonu, wielu z nas uświadomiło sobie, że robiliśmy go pod dużą presją, czy to wciąż będzie to, co ludzie pokochali. Natomiast trzeci sezon, który moim zdaniem jest najlepszy ze wszystkich, robiliśmy już ze świadomością, że widzowie nam ufają. Moim zdaniem ten trzeci sezon jest trochę inny, może jeszcze śmielszy.
PAP Life: Jak rola księdza Jakuba wpłynęła na twoją aktorską ścieżkę?
M.S.: Przede wszystkim, wchodząc na plan drugiego sezonu, pierwszy raz w życiu miałem okazję coś kontynuować. Trochę się obawiałem, jak to będzie grać tę samą postać. Ale wyszło tak, że już trzy lata jestem w tej przygodzie. Na pewno ta rola rozbudziła apetyt na moją obecność w komediach i z tego bardzo cieszę. W tym momencie nie jestem w stanie zrobić wszystkiego, co jest mi proponowane. Mogę dokonywać wyborów, więc to na pewno jest przywilej. Niedawno skończyłem serial komediowy, o którym nie bardzo mogę mówić. W styczniu pojawi się w kinach komedia „Berek” w reżyserii Bartka Prokopowicza, gdzie miałem okazję zagrać z absolutnie wspaniałą Kingą Preis. Mam nadzieję, że widzowie oglądając ten film doświadczą chociaż ułamka tej radości, którą my mieliśmy będąc na planie.
PAP Life: Dostajesz głównie propozycje ról komediowych?
M.S.: Tak, ale też szereg propozycji w różnym stopniu komercyjnych, których w 95 proc. nie robię. To są przeróżne reklamy i eventy, najdziwniejsze, jakie sobie można wyobrazić, np. targów nekro albo lakierów do paznokci. Zdarzały się też propozycje prywatnych ślubów, żeby na nich wystąpić, ale nie miałem tyle odwagi, żeby się tego podjąć. Natomiast zacząłem się też realizować jako konferansjer i miałem okazję poprowadzić galę na festiwalu filmów fabularnych w Gdyni i jeden z koncertów na zeszłorocznym festiwalu w Opolu. Dało mi to bardzo dużo satysfakcji. Więc cieszę się, że pojawiła się w moim życiu działalność trochę inna niż aktorska, która dostarcza mi adrenaliny.
PAP Life: A co z teatrem? Na początku twojej aktorskiej drogi teatr był dla ciebie chyba bardzo ważny.
M.S.: Teatr był bardzo ważny i mam poczucie, że teatr mnie trochę ukształtował. Już na czwartym roku trafiłem do Teatru Polskiego w Poznaniu, który wtedy był w absolutnej czołówce teatrów w Polsce i robiło się tam fantastyczne rzeczy. Spędziłem tam cztery lata i nauczyłem się chyba więcej niż w szkole teatralnej. W pewnym momencie chciałem iść dalej, może budować nowy zespół w Warszawie, ale to się nie udało. Przez chwilę byłem w Teatrze Dramatycznym, do którego trafiłem w momencie kryzysu. Ale równocześnie zacząłem więcej występować przed kamerą i to mi daje poczucie spełnienia. Na pewno gdzieś w środku jest we mnie tęsknota za teatrem, przede wszystkim za spotkaniem na żywo z człowiekiem. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/ag/ grg/
Michał Sikorski pochodzi z Wadowic. Ukończył aktorstwo w Akademii Teatralnej w Krakowie. Laureat nagrody za debiut aktorski na festiwalu w Gdyni za rolę w filmie „Sonata” (2021). Popularność przyniosła mu rola księdza Jakuba w serialu „1670”. Wziął udział w czwartej edycji programu „LOL. Kto się śmieje ostatni” (Prime Video), która miała premierę 10 lipca. Ma 30 lat, jest ojcem sześcioletniego syna.