Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy - 20 lat temu zmarła Hanka Bielicka [WIDEO]
Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy… Mam mniej lat niż kapeluszy, bo lata lecą, a kapelusze wychodzą z mody - mawiała Hanka Bielicka. Jedna z najwybitniejszych artystek powojennej polskiej estrady zmarła 9 marca 2006 roku. Miała 90 lat.
Kilka dni wcześniej, 1 marca 2006 r. wzięła udział w nagraniu programu „Szymon Majewski Show”, w którym zażartowała: „Dzisiejszy wieczór będzie pod nazwą: »Bawcie się dzieci, nim babcia odleci«”.
„Ja to chciałabym tak jak Mieczysława Ćwiklińska, umrzeć w biegu” – powiedziała Hanka Bielicka trzy dni później Wandzie Kwiatkowskiej (Rozmowa zatytułowana „Trzeba umieć odejść!” została opublikowana w „Świecie Kobiet 20 kwietnia 2006 roku). „Kiedyś w Ameryce podchodzi do mnie gość i mówi: »Ja panią znam, pani to jest albo Bielicka, albo Ćwiklińska. Tylko, że jedna z nich już nie żyje, nie pamiętam, która«. To było wiele lat temu. Gdzie mnie tam wtedy było do śmierci! No i Ćwiklińska była mocno starsza” - wspominała.
„Ja się o takie rzeczy nie obrażałam. A niech tam, wszystko jedno mieć 60 czy 80 lat. Najważniejsze, żeby mieć w sobie życie i siłę. A kiedy tej siły brakuje, to dopiero jest koszmar. Jedno więc, o czym marzę, żeby do końca być sprawną, żeby nikt nie musiał się mną opiekować jak warzywem. Chcę więc umrzeć nagle, bez długiego chorowania, niedołężnienia” – dodała Bielicka.
„Na scenie była wulkanem energii. Jej znakami rozpoznawczymi był żywiołowy temperament, gadatliwość i kolorowe kapelusze. Swoimi słynnymi monologami wygłaszanymi na scenie, przez kolejne dekady rozśmieszała widzów” - napisał Maciej Łukomski w artykule pt. „Hanka Bielicka - aktorka o wielu twarzach” (strefalifestyle.pl. 2021).
Urodziła się 9 listopada 1915 r. w Kononowce pod Połtawą (Ukraina), dokąd jej rodzice – Romuald (1880–1946) i Leokadia z Czerwonków (1886–1971) – zostali ewakuowani z Boguchwały (obecnie Podkarpackie) jako poddani rosyjscy. Po zakończeniu I wojny światowej rodzina przeniosła się do Łomży. Hanka uczyła się w gimnazjum żeńskim, pobierała też lekcje gry na pianinie. W 1939 r. ukończyła filologię romańską na Uniwersytecie Warszawskim i wydział aktorski Państwowego Instytutu Sztuki Teatralnej.
Już na początku tych drugich studiów Aleksander Zelwerowicz wyperswadował jej pomysł operacji plastycznej „kartoflowatego” – jej zdaniem - nosa. „Pani Bielicko, idiotko. Aktorstwa jeszcze panią trzeba uczyć kilka lat, a nos już jest wart miliony. Takiego kinola ze świecą darmo szukać” – miał powiedzieć. „Nie powiem, żeby sprawił mi przyjemność” – wspominała Bielicka w książce Marii Sondej pt. „Hanka Bielicka. Uśmiech w kapeluszu” (2000).
Podczas „decydującego egzaminu na trzeci rok” studiów recytowała „przepiękny tragiczny” monolog Szimeny z „Cyda” Corneille’a. „Jestem pewna, że z ciemnej widowni docierają odgłosy wzruszenia i duma mnie rozpiera, że jestem taka zdolna. Tymczasem… to Zelwer tłumił śmiech. Gdy już nie wytrzymał, przerwał mój występ. - Zabierzcie tego krokodyla ze sceny, bo umrę ze śmiechu! Spłakałam się, chciałam wracać do domu. A wtedy Zelwer zaczął mi tłumaczyć: - Gdyby pani chciała grać Ofelię, musiała by pani wstąpić do zakonu w pierwszym akcie, bo inaczej widzowie umarliby ze śmiechu” - opowiadała aktorka. „Długo jeszcze uświadamiał mi, że jestem charakterystyczna i że trzeba z tego wyciągnąć wnioski. Po latach zrozumiałam, że miał rację” – dodała.
Debiutowała 8 października 1939 r. w Teatrze na Pohulance w Wilnie – przyłączonym tydzień później przez Sowietów do Litwy - rolą Doryny w „Świętoszku” Moliera. Miała jechać do Paryża na stypendium z romanistyki, jednak gdy dostała propozycję zagrania w „Obronie Ksantypy” Ludwika Morstina, za namową ojca, 28 sierpnia 1939 r. wyjechała do Wilna.
„Pojechałam i dzięki temu uniknęłam losu mojej rodziny. Ojca więcej nie zobaczyłam” – wspominała Bielicka. Romuald Jan Bielicki, ochotnik w wojnie polsko-bolszewickiej, działacz społeczny, poseł na Sejm RP (1922-27), aresztowany przez NKWD w 1940 r. wywieziony w głąb Rosji, zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w 1946 roku.
„Był zagorzałym endekiem zakochanym w narodzie, posłem na Sejm. Piłsudski go wykopał. Ruscy teraz mówią, że nie wiedzą, jak to było w Katyniu. Czy wy dacie wiarę, że jak przyszło NKWD po tatkę, to wyjęli sobie karteczkę i pytają: »W 1920 był komendantem na moście pod Łomżą, na Narwi? Był? No to ubierajsia«. Tak mają wszystko rozpracowane. Niech teraz nie opowiadają, że nie wiedzą, jak 24 tysiące wymordowali” - opowiadała Bielicka Arkadiuszowi Bartosiakowi i Łukaszowi Klinke („Wysokie obcasy”, 2006).
Do premiery „Obrony Ksantypy” nie doszło z powodu wybuchu wojny. Na Pohulance Bielicka miała okazję wystąpić na scenie – w „Madame Sans-Gene” - razem z Hanką Ordonówną, która trafiła do Wilna „owiana legendą wielkiej gwiazdy estrady”. „Okazała się uroczą koleżanką, przemiłą kobietą o niezwykłej osobowości” – wspominała Bielicka. „Dziś żadne nagrania ani żaden film nie są w stanie oddać tego czaru, który Ordonka rzucała na publiczność” – oceniła. Ordonówna urządziła po ślubie Bielickiej z Jerzym Duszyńskim „weselne śniadanie” młodej parze w swoim salonie.
Podczas niemieckiej okupacji Wilna Bielicka pracowała jako kelnerka, bywała też kawiarnianą pianistką. W Grand Hotelu kelnerowali też Bolesław Kielski, Igor Śmiałowski, Mieczysław Wojnicki. „Szatniarzem był Jan Kurnakowicz. Pierwszorzędna obsada” – skomentowała po latach artystka.
Po zakończeniu wojny trafiła do Teatru Wojewódzkiego w Białymstoku – rok później znalazła się w Łodzi w Teatrze Kameralnym Domu Żołnierza. W 1947 r. występowała w krakowskim Kabarecie Siedem Kotów. „Hanka poznała tam Irenę Kwiatkowską, świetną aktorkę komediową, ale zdziwił ją jej chłód. Kwiatkowska, na scenie dynamiczna i zabawna, w życiu okazała się zasadnicza i surowa. Odrzucała przyjazne gesty Hanki, wręcz odnosiła się do niej z niechęcią” – napisała Katarzyna Droga w książce „Dziunia ale Dama. Powieść o Hance Bielickiej” (2022).
Poznała tam też Bogdana Brzezińskiego, który zaczął dla niej pisać monologi Dziuni Pietrusińskiej – komentującej paradoksy rzeczywistości sąsiedzkiej i ogólnospołecznej „paniusi miejsko-wiejskiej z dość poważnie zmąconym poczuciem własnych korzeni”, jak scharakteryzował postać sam autor. „Dziunią” Bielicka pozostała przez wiele lat na estradzie a od 1958 r. również w radiowym „Podwieczorku przy mikrofonie”.
„Unikałam monologów politycznych. Moja bohaterka była zawsze jakąś ćwierćinteligentką, która mądrzy się na każdy temat, a o niczym nie ma pojęcia” – recenzowała samą siebie artystka. „Śmieszność tkwiła właśnie w ujęciu całej tej wielkiej polityki, tak jak ją widzi paniusia z kawiarni albo przekupka na bazarze” – wyjaśniła.
„Politykierstwo dzisiaj szkodzi, bo zasłania zwykłego człowieka. Za mało myśli się o kraju, narodzie, mieście. Nie idziemy swoją drogą. Za mało się kochamy. Ciągle cytuję mojego ojca: »Jeszcze Polska nie zginęła, póki się śmiejemy«. To była wielka prawda. Byliśmy narodem umęczonym, ale ciepłym, pogodnym i serdecznym na co dzień. Dużo, niestety, z tego straciliśmy” - powiedziała Bielicka Arkadiuszowi Bartosiakowi i Łukaszowi Klinke.
Od 1949 r. Bielicka pracowała w warszawskim Teatrze Współczesnym. Debiutowała na stołecznej scenie rolą Eugenii Ratnikowej w sztuce pt. „W pewnym mieście” autorstwa Anatolija Sofronowa (ulubionego pisarza Stanisława Anioła z serialu „Alternatywy 4”), wyreżyserowanej przez Erwina Axera. Występowała też m.in. w „Wieczorze Trzech Króli” Williama Szekspira, „Mieszczanach” Maksyma Gorkiego, „Domku z kart” Emila Zegadłowicza. Wszystkie te sztuki reżyserował Axer, który – jak wspominała – nie lubił estrady i uważał ją „za coś gorszego, za karykaturę teatru”.
Bielicka, zorientowawszy się, że jako „komiczna aktorka charakterystyczna” w teatrze dramatycznym będzie „musiała latami czekać na role”, skorzystała z propozycji Ludwika Sempolińskiego by wystąpić w „Żołnierzu królowej Madagaskaru” (1954) w Teatrze Syrena. W rezultacie związała się z „Syreną” na prawie 45 lat, występując w 40 przedstawieniach. „Bawiła publiczność, grając w muzycznych spektaklach, rewiach, farsach i składankach kabaretowych. Widzowie sceny przy Litewskiej kochali ją za jej temperament, gadatliwość i słynne monologi, które wygłaszała ze sceny z szybkością karabinu maszynowego” – napisał Maciej Łukomski.
Dzięki estradzie objechała niemal cały świat. „Gdy bardzo niedawno pojechałam do Australii i wyszłam na scenę, powitały mnie gromkie brawa. - Zaraz, zaraz, jeszcze nic nie powiedziałam. A ludzie na to: - Ale dobrze, że babcia w ogóle doleciała” - wspominała Bielicka w książce Marii Sondej.
W „Syrenie” przez wiele lat dzieliła garderobę z Ireną Kwiatkowską. Nigdy nie przeszły na „ty”.
„Powiedzmy sobie jasno: o ile Kwiatkowska zawsze ceniła wyżej opinię »autorytetów«, czyli »salonu«, o tyle dla Bielickiej najwyższym autorytetem była publiczność. Obie panie miały charaktery silne, czyli jak to się dzisiaj mówi, charyzmę, obie też silnie ze sobą konkurowały, nie okazując sobie zbytniej wylewności czy serdeczności” – napisał Zbigniew Korpolewski w książce „Hanka Bielicka. Umarłam ze śmiechu” (2011).
„W czasach, gdy Kabaret Starszych Panów święcił tryumfy, aż serce mnie bolało, że w nim nie występuję. Tak bardzo mi się podobał. I tak bardzo zazdrościłam świetniej Irenie Kwiatkowskiej. Ale im byłam starsza, tym bardziej rozumiałam, że to nie dla mnie” – opowiadała Bielicka w książce „Uśmiech w kapeluszu”. „Kwiatkowska ma każdy występ bardzo dopracowany w szczegółach, wykończony i dyskretny, wręcz pastelowy. Była i jest cyzelatorką słowa. I dlatego znakomicie sprawdza się w kabarecie, gdzie salka jest niewielka, a publiczność siedzi blisko albo – jak w telewizji – nie ma jej wcale” – wyjaśniła. „Ja – przeciwnie, przypominam huragan. W każdym przedstawieniu jestem inna, choć mówię ten sam monolog. Ostateczny kształt występu zależy od mojego nastroju, od reakcji widowni, od jej śmiechu” – dodała.
Na ekranie Bielicka zadebiutowała w „Zakazanych piosenkach” (1947) rolą ulicznej pieśniarki śpiewającej „odbudujem Polskę od morza do morza” - po ingerencji cenzury musiała zaśpiewać „od gór aż do morza”.
Zagrała potem w 20 filmach m.in. w kilku „produkcyjniakach”. „ludzie je oglądali, bo nie było nic innego do wyboru, ale przecież podobać się nie mogły” – mówiła w książce „Uśmiech w kapeluszu”. „Bez wstydu” po latach wspominała role m.in w „Sprawie do załatwienia” (1953), „Gangsterach i filantropach” (1962), „Małżeństwie z rozsądku” (1966) i „Panu Wołodyjowskim” (1968). Jej ostatnią filmową rolą była ciotka Judyty w „Ja wam pokażę!” (2006).
Zagrała też w krótkim serialu pt. „Palce lizać” (1999) zrealizowanym przez Radosława Piwowarskiego i Michała Kwiecińskiego, którego scenariusz przypomniał jej nieco „Jana Serce” (1981). „W obydwóch serialach bohaterem jest dobry, przyzwoity człowiek. Wydaje mi się, że moja postać to kawałek małej, ale wyrazistej roli, niosącej troszkę wzruszeń. Ludzie się chyba za czymś takim stęsknili” – wspominała Bielicka. „I jeszcze jedno: gadanie – to gadanie. Ja umieram i moje gadanie umiera. A taśma filmowa zostanie” – wyjaśniła.
Jej fetyszem były kapelusze, których miała całą kolekcję. „Ja mam mniej lat niż kapeluszy, bo lata lecą, a kapelusze wychodzą z mody… ale kapelusze nie przysparzają zmarszczek” – mówiła. „Mojej matce było pięknie w kapeluszach, mnie chyba też. Gdy założę kapelusz, to myślę, że zmniejsza mi się nos, pogłębia spojrzenie – jednym słowem jestem przystojniejsza” – dodała. „Nie lubię jednak, gdy pod tym kapeluszem nie dostrzegają mnie, Hanki Bielickiej, aktorki i człowieka” – podkreśliła.
Autor: Paweł Tomczyk (PAP)
aszw/ agz/ top/ dki/ kgr/