Prof. Konarzewski w Dniu Ziemi: zielona transformacja to konieczność [WYWIAD]
Klimatu nie uratujemy moralnością. Potrzebne są technologie, które będą się opłacać – powiedział PAP prezes PAN prof. Marek Konarzewski. Przestańmy myśleć o ochronie klimatu jako projekcie opartym na wyrzeczeniach i zacznijmy traktować ją jako największy projekt modernizacyjny XXI wieku – dodał.
22 kwietnia obchodzimy Światowy Dzień Ziemi. To największe ekologiczne święto na świecie, które w tym roku odbywa się pod hasłem „Nasza moc, nasza planeta” (w niektórych regionach promowane jest również hasło „Zainwestuj w swoją planetę”).
PAP: Czy unijne regulacje klimatyczne realnie mogą „uratować planetę”, czy to raczej – mówiąc brutalnie – poprawianie sobie samopoczucia?
Prof. Marek Konarzewski, biolog, ewolucjonista, prezes Polskiej Akademii Nauk: To nie jest żadna moralna dekoracja, tylko próba odpowiedzi na problem o skali, którą bardzo trudno sobie wyobrazić. Dlatego pozwolę sobie użyć obrazu. Gdyby zebrać cały dwutlenek węgla emitowany rocznie przez ludzkość i „załadować” go na wagony z węglem, to taki pociąg musiałby okrążyć Ziemię po równiku czterdzieści jeden razy.
To pokazuje skalę wyzwania. I teraz pytanie: czy Europa, skracając ten pociąg o kilka wagonów, coś zmieni? Odpowiedź brzmi: i tak, i nie. Z globalnego punktu widzenia – niewiele, dopóki największe gospodarki świata, czyli Stany Zjednoczone i Chiny, nie będą działały w podobnym tempie. Z punktu widzenia lokalnego – jest to kosztowne, bo podnosimy ceny produkcji i obniżamy konkurencyjność własnej gospodarki.
PAP: Czyli Europa ponosi koszty, a inni korzystają?
M.K.: W pewnym sensie tak, choć obraz jest bardziej złożony. Europa rzeczywiście ogranicza emisje szybciej i ponosi z tego tytułu realne koszty ekonomiczne. Trzeba jednak pamiętać, że mechanizmy takie jak ETS nie polegają na „paleniu pieniędzy”. Środki z tego systemu wracają do gospodarki w postaci inwestycji w zielone technologie, modernizację energetyki czy poprawę efektywności energetycznej.
Problem polega na czym innym – na braku globalnej synchronizacji działań. W Stanach Zjednoczonych mamy dziś do czynienia z wyraźnym zwrotem politycznym, który podważa wcześniejsze zobowiązania klimatyczne. Deklaracje Trumpa, że „globalnego ocieplenia nie ma”, nie zmieniają faktów, ale mają realne konsekwencje polityczne i gospodarcze, bo osłabiają mechanizmy kontroli emisji i wzmacniają sektor paliw kopalnych, który jest tam potężnym graczem ekonomicznym.
Chiny z kolei prowadzą politykę bardziej ambiwalentną - z jednej strony nadal intensywnie inwestują w energetykę węglową – jeszcze niedawno uruchamiały nowe elektrownie węglowe niemal co tydzień – ale z drugiej strony są światowym liderem w rozwoju odnawialnych źródeł energii i technologii niskoemisyjnych. One rzeczywiście przebudowują swój miks energetyczny, choć robią to we własnym tempie i na własnych warunkach.
PAP: No właśnie – czy Europa nie wychodzi na „frajera” w tej układance?
M.K.: Rozumiem to odczucie, ale ono bierze się z uproszczenia. Europa nie jest na straconej pozycji, tylko próbuje być prekursorem zmiany. Natomiast rzeczywiście – jeżeli ta zmiana nie stanie się globalna, to będziemy płacić wysoką cenę. Dlatego mówię: kierunek jest słuszny, ale sposób wdrażania wymaga korekty. I to bardzo poważnej.
PAP: Zacznijmy od rzeczy najbardziej przyziemnych – nakrętki przyczepiane do butelek. Naprawdę to jest konieczne?
M.K.: Idea ograniczania plastiku jest bezdyskusyjna, bo plastik – a zwłaszcza mikroplastik – staje się jednym z największych zagrożeń środowiskowych, przenikając do wody, gleby, a nawet organizmów żywych, w tym człowieka. Problem polega na tym, że sposób wprowadzania tych rozwiązań jest często społecznie nieakceptowalny.
Przykład z nakrętkami jest tu modelowy. W Polsce mieliśmy bardzo dobrze działającą akcję społeczną zbierania nakrętek, która łączyła edukację ekologiczną z realną pomocą osobom potrzebującym. I nagle została ona w praktyce zlikwidowana przez jednolitą regulację unijną. To pokazuje, że zabrakło wrażliwości na lokalne konteksty i dobre praktyki.
PAP: Od niedawna mamy kolejne „remedium” na nadmiar plastiku - system kaucyjny, ale ludzie mają poczucie, że dostali nowy obowiązek i kłopot.
M.K.: I nie jest to poczucie bezpodstawne. System kaucyjny jest racjonalny w założeniach, ale jego wdrożenie oznacza realne obciążenia dla konsumentów – czasowe, logistyczne, organizacyjne.
Jeżeli spojrzymy na to szerzej, to powinniśmy zadać sobie pytanie, czy nie należałoby pójść krok dalej i ograniczać samą obecność plastiku w obiegu. W moim przekonaniu butelki PET powinny być stopniowo rugowane z rynku, a zastępowane rozwiązaniami wielokrotnego użytku – choćby szkłem.
Bo prawda jest taka, że recykling plastiku działa w ograniczonym zakresie – w Polsce tylko 30 procent tych materiałów rzeczywiście wraca do obiegu w tej samej formie.
PAP: Powinniśmy więc wrócić do przeszłości?
M.K.: Raczej do rozwiązań, które kiedyś działały, tylko w nowoczesnej formie. System butelek zwrotnych funkcjonował przez dekady i był efektywny. Być może powinniśmy go odbudować, zamiast komplikować rzeczy, które można uprościć.
PAP: Przejdźmy do innego problemu – dziki w miastach. Co z nimi zrobić?
M.K.: To jest przykład konfliktu między naturą a urbanizacją. Dziki odkryły miasto jako środowisko życia - mają dostęp do pożywienia, brak drapieżników i stosunkowo dobre warunki do rozmnażania. Problem polega na tym, że tracą lęk przed człowiekiem, a to oznacza realne zagrożenie. Dziki są zwierzętami silnymi, szybkimi i w sytuacji stresowej mogą być niebezpieczne.
Nie ma tu prostego rozwiązania. Odstrzał jest najtańszy, ale budzi sprzeciw społeczny. Odławianie i przenoszenie są bardziej humanitarne, ale kosztowne i logistycznie trudne. Do tego dochodzą działania prewencyjne – grodzenia, zabezpieczenia, zmiana gospodarki odpadami.
Jedno jest pewne: problem będzie narastał i będzie wymagał systemowych, a nie doraźnych rozwiązań.
PAP: Wróćmy do energii i codzienności. Ludzie inwestowali w fotowoltaikę, pompy ciepła – i dziś czują się oszukani.
M.K.: Bo częściowo zostali wprowadzeni w system, który nie był jeszcze gotowy. Fotowoltaika działa dobrze w określonych warunkach – przy dużym nasłonecznieniu – ale zimą jej efektywność dramatycznie spada.
Pompy ciepła również nie zawsze były dostosowane do naszego klimatu, a system ich certyfikacji okazał się niedoskonały. Do tego dochodzi fundamentalny problem: brak infrastruktury do magazynowania energii.
W efekcie mamy sytuację paradoksalną – w dni słoneczne i wietrzne mamy nadwyżki energii, których nie potrafimy wykorzystać, a w okresach zimowych musimy wracać do źródeł konwencjonalnych.
PAP: Jak się w tym wszystkim mają odnaleźć niezamożni ludzie? Co ma zrobić emeryt z niskim świadczeniem, który dostaje horrendalne rachunek za ogrzewanie?
M.K.: To jest bardzo poważny problem społeczny. Transformacja energetyczna nie może ignorować kwestii bezpieczeństwa i dostępności energii.
Powinniśmy zachować pewien margines elastyczności – możliwość korzystania z alternatywnych źródeł ogrzewania w sytuacjach kryzysowych, choćby przy ekstremalnych mrozach czy zakłóceniach dostaw energii. Jeżeli tego nie zrobimy, to polityka klimatyczna zacznie być postrzegana jako zagrożenie, a nie jako rozwiązanie.
PAP: Mówi pan o kosztach. A globalnie – kto za to wszystko płaci?
M.K.: Żyjemy w świecie ogromnych nierówności. Poziom konsumpcji każdego z nas, w zamożnej Europie, odpowiada często zużyciu zasobów przez kilkadziesiąt osób w krajach rozwijających się.
Weźmy przykład Norwegii – kraju, który uchodzi za wzór ekologii. Ale jego model opiera się na specyficznych warunkach: ogromnych zasobach energii wodnej i dochodach z eksportu surowców energetycznych. Nie można tego modelu w prosty sposób przenieść gdzie indziej.
PAP: Gdzie w tym świecie jest Polska?
M.K.: Polska stoi w trudniejszej sytuacji, bo nadal 50 procent energii elektrycznej pochodzi ze spalania węgla. To oznacza, że nawet rozwój elektromobilności - w znacznej części zasilanej węglem nie przekłada się na realne ograniczenie emisji.
Dlatego transformacja musi być dostosowana do naszych warunków – technologicznych, ekonomicznych i społecznych.
PAP: Trwają prace nad regulacją przepisów o rezerwatach i parkach narodowych – czy przysłużą się one ochronie przyrody?
M.K.: Tu pojawia się inny problem – konflikt interesów na poziomie lokalnym. Jeżeli decyzje o tworzeniu rezerwatów zostaną całkowicie przekazane samorządom, jak założono w poselskim projekcie PSL i Polski 2050, to w praktyce przestaniemy je tworzyć.
Bo lokalnie zawsze znajdzie się argument przeciw: inwestycje, infrastruktura, interes ekonomiczny. A ochrona przyrody z definicji ogranicza możliwości wykorzystania terenu. To pokazuje, że polityka środowiskowa zawsze wiąże się z kosztami i konfliktami.
PAP: To wróćmy do punktu wyjścia – czy mamy jakąś realną szansę uratować Ziemię?
M.K.: Tak, ale pod jednym warunkiem: że przestaniemy traktować ekologię jako projekt moralny, oparty na apelach, wyrzutach sumienia i indywidualnych wyrzeczeniach, a zaczniemy ją traktować jako projekt technologiczny i gospodarczy, który musi się ludziom i państwom po prostu opłacać.
Historia daje nam bardzo konkretny przykład, że to działa. Mam na myśli walkę z dziurą ozonową. Kiedy w latach 80. odkryto, że freony niszczą warstwę ozonową, zagrożenie było realne i globalne – wzrost zachorowań na nowotwory skóry, uszkodzenia ekosystemów, poważne konsekwencje dla rolnictwa. I co zrobiono? W 1987 r. podpisano protokół montrealski, który w krótkim czasie objął właściwie cały świat i wprowadził ograniczenia w stosowaniu tych substancji.
Ale kluczowe było coś innego: przemysł bardzo szybko zobaczył w tym szansę. Producenci lodówek, klimatyzacji, aerozoli zaczęli inwestować w nowe technologie, bo wiedzieli, że rynek się zmieni i że kto pierwszy dostarczy rozwiązania zgodne z nowymi regulacjami, ten wygra. To nie była tylko odpowiedź na apel naukowców – to był impuls ekonomiczny. W efekcie w ciągu kilkunastu lat wyeliminowano większość szkodliwych substancji, a dziś problem dziury ozonowej jest w dużej mierze pod kontrolą. I to jest dokładnie model, którego nam dziś brakuje w przypadku CO₂. Dzisiaj wciąż zbyt często próbujemy przekonywać ludzi do ograniczeń – żeby mniej latali, mniej jedli mięsa, mniej konsumowali. To wszystko ma sens na poziomie jednostkowym, ale w skali globalnej nie zadziała, bo jest sprzeczne z podstawową logiką zachowań społecznych i ekonomicznych.
Natomiast kiedy pojawia się technologia, która jest jednocześnie bardziej ekologiczna i bardziej opłacalna – wtedy zmiana następuje bardzo szybko. Proszę spojrzeć na rozwój odnawialnych źródeł energii. Fotowoltaika czy energetyka wiatrowa rozwijają się nie dlatego, że ktoś ludzi moralnie przekonał, tylko dlatego, że w wielu miejscach świata zaczęły być tańsze niż tradycyjne źródła energii. To samo dotyczy baterii, magazynowania energii czy elektromobilności – tam, gdzie zaczyna się to spinać ekonomicznie, zmiana przyspiesza.
Podobnie może być z przemysłem. Jeżeli technologie wychwytywania CO2, zielonego wodoru czy nowoczesnych materiałów staną się konkurencyjne kosztowo, to nie będzie trzeba nikogo zmuszać – rynek sam zacznie je wybierać.
Drugi warunek to współpraca globalna, bo klimat nie zna granic. Europa może być liderem, ale sama problemu nie rozwiąże. Potrzebne jest włączenie największych graczy – Stanów Zjednoczonych, Chin, Indii – i to nie na zasadzie deklaracji politycznych, tylko realnych zobowiązań, które są egzekwowalne i opłacalne.
I wreszcie trzeci element, często pomijany: sprawiedliwość. Kraje rozwijające się słusznie mówią: wyście się rozwijali przez dekady, emitując ogromne ilości CO2, a teraz chcecie nam powiedzieć, żebyśmy tego nie robili. Jeżeli nie znajdziemy mechanizmu, który pozwoli im się rozwijać w sposób mniej emisyjny, to nie będzie globalnego porozumienia.
Więc odpowiadając najprościej: tak, mamy szansę. Ale tylko wtedy, kiedy przestaniemy myśleć o ochronie klimatu jako o projekcie opartym na wyrzeczeniach i zaczniemy traktować ją jako największy projekt modernizacyjny XXI wieku – taki, który tworzy nowe technologie, nowe rynki i nowe możliwości rozwoju.
I jeszcze jedno: społeczeństwa nie buntują się przeciwko celom, tylko przeciwko sposobowi ich narzucania. Jeżeli transformacja będzie odbierana jako coś narzuconego, kosztownego i niesprawiedliwego, to zostanie odrzucona. A wtedy nie tylko nie rozwiążemy problemu, ale go pogłębimy.
Rozmawiała: Mira Suchodolska (PAP)
mir/ agz/ know/