Szabłowski: Robert De Niro widział film o kucharzach dyktatorów i był jego adwokatem
Robert De Niro widział film o kucharzach dyktatorów i był jego adwokatem - powiedział w Studiu PAP Witold Szabłowski. Film dokumentalny na podstawie jego książki „Kucharze dyktatorów” będzie miał premierę hollywoodzką 10 czerwca na festiwalu Tribeca założonym przed De Niro.
- Jeżeli czegoś nie przegapiłem to jestem piątym z polskich autorów, którzy trafili do Hollywood. Był Andrzej Sapkowski, był Henryk Sienkiewicz, był Stanisław Lem i Jerzy Kosiński. Nie wiem, czy z tego ostatniego nazwiska jesteśmy dumni, ale faktem było, że zaistniał w Hollywood. A teraz ekranizacja mojej książki „Kucharze dyktatorów” będzie miała premierę 10 czerwca na festiwalu Tribeca w Nowym Jorku, a całość została zrobiona w pełni przez hollywoodzką firmę - powiedziała w Studiu PAP Szabłowski.
Podkreślił, że ma zakulisowe informacje o odbiorze filmu przez założyciela festiwalu Tribeca - Roberta De Niro. - To on wymyślił sobie festiwal w Nowym Jorku po atakach terrorystycznych 11 września. To miała być odpowiedź na to i szansa na zjednoczenie w fajnej, kuluarowej atmosferze. Trochę przez opowiadanie ciekawych historii, pokazywanie ciekawych filmów, aby radzić sobie z traumą zamachów. De Niro bardzo mocno macza palce w tym festiwalu. Wiem zakulisowo, że film widział i był jego adwokatem. Ten materiał się tam pokaże jako światowa premiera, bo on tego chciał - podkreślił Szabłowski.
Pisarz chce, aby film odwiedził kilka festiwali. Nie zna jeszcze konkretów, ale ma nadzieję, że być może jednym z tych festiwali - jeszcze w tym roku - będzie festiwal w Polsce.
Szabłowski opowiedział o wyzwaniu, jakim było namówienie kucharzy dyktatorów, aby stanęli przed kamerą.
- Kucharze dyktatorów to są ludzie, którzy wiedzą, że żyją dlatego, że umieli być dyskretni. To są ludzie, którzy przez wiele lat gotowali dla Augusto Pinocheta, Saddama Husajna, Pol-Pota czy Muamara Kadafiego, a więc ogladali od kulis najstraszniejsze reżimy XX wieku. Zresztą książka zaczyna się od kucharza, który gotował dla Władimira Putina, więc są to także bardzo aktualne rzeczy. Namówienie ich na spotkanie, na rozmowę, a potem na udział w filmie, wystąpienie z otwartą przyłbicą, było bardzo trudne i wymagało bardzo długiego przygotowania gruntu - powiedział PAP Szabłowski.
Zdradził, że jest koproducentem i dbał o to, aby film był opowiedziany językiem książki. - Uważałem, że jak rozmawiam z kucharzami, to musi się pojawić jedzenie, chociaż niektórym wydaje się to kontrowersyjne jako zestawienie kuchnii i tyranii, ale o tym jest ta książka. Ten język udało się przenieść do filmu. Ci kucharze w filmie opowiadają gotując, snują przy tym swoje narracje. Tam się pojawia wiele trudnych, bolesnych wątków. Byłem świadkiem jak kucharz Idiego Amina, dyktatora Ugandy, który swoich przeciwników rzucał na pożarcie krokodylom, opowiadał o daniu, z którego mimo wieloletniej traumy był bardzo dumny. Na jakieś przyjęcie z prezydentami innych krajów afrykańskich upiekł kozę, która była podana w całości i wyglądała jak żywa. On sam ten przepis wymyślił i był z tego dumny. Pisząc książkę nie miałem ani sił ani środków, aby go poprosić o upieczenie tej kozy, a na filmie będzie ją piekł - powiedział Szabłowski.
Reporter przyznał, że jego dzieło cały czas jest aktualne, bo obecne czasy są niemal idealne dla dyktatorów.
- Książka i film są próbą odpowiedzenia na pytanie, co powinniśmy zrobić, aby na to nie pozwalać - wyjaśnił Szabłowski.
W czasie prac nad książką prosił kucharzy, aby gotowali dla niego identycznie dania, jak dla dyktatorów, nie zmieniając proporcji i smaków.
- Chciałem tak napisać tę książkę, aby zadziałać na wiele zmysłów. Każdy może sięgnąć po przepisy, które w niej są, i to ugotować. Niektóre rzeczy - jak zupa robiona dla Saddama Husajna, która nie jest zupą ogólnoiracką, ale robioną dla jego rodziny, to coś fantastycznego. Ta zupa rybna jest tak dobra... Tam są ryby, ale też morele, rodzynki, migdały. Jest to bliskowschodni, w miarę prosty do zrobienia przepis. Poddałem się i jest to dziś zupa, którą gotuję regularnie. Ci, którzy u mnie bywają, próbują jej i chwalą. To już nie jest dla mnie zupa Saddama, ale piszę kolejny rozdział tego przepisu - podkreślił pisarz.
Szabłowski przyznał, że angażuje się obecnie w wiele projektów, bo nauczył się dobrej organizacji czasu. Poza pisaniem, wejściem w kinematografię, wydaje on bowiem także książki innych autorów.
- Będę na premierze w NY. Lecę tam już na 5 czerwca. Wszystko zaczyna się od kolacji dla zaproszonych gości z De Niro, więc będziemy tam z filmowcami, z którymi ten film robiliśmy. 10 czerwca będę na premierze, a 13 czerwca mamy bardzo fajną dyskusję z bardzo ciekawym gościem. Nie wiem jak to powiedzieć, żeby nie zdradzić, ale będzie to ktoś, kto gotował dla kogoś bardzo ważnego w USA i też będzie opowiadał o relacji między kuchnią a władzą - przekazał Szabłowski.
W branży filmowej najbardziej go zaskoczył nieporównywalny do sum ze świata literatury budżet. Ocenił jednak, że gdyby nie spędził przy pisaniu książki z wieloma kucharzami 2-3 tygodni, to później uzyskanie od nich czegoś w kilka dni zdjęciowych, raczej byłoby niemożliwe.
- Kiedy zaczynałem pracę nad książką, mimo że dwóch dykatorów, czyli Łukaszenkę i Putina, mamy po sąsiedzku, to świat tytanów wydawał się czymś odległym. Rosja i Białoruś były po sąsiedzku, ale specjalnych uciążliwości w życiu codziennym z tego tytułu nie odczuwaliśmy. Przez ostatnie lata świat się jednak bardzo mocno zmienił, zdestabilizował. Nie jesteśmy pewni czy USA za chwilę nie okażą się dyktaturą. Chciałbym móc powiedzieć, że ta książka jest nieaktualna, ale mam poczucie odwrotne. Dziś jest bardziej aktualna niż gdy zaczynałem. A ten film, bo ja już go widziałem w trakcie spotkania dla twórców, bardzo mocno uderza w nerw czasów, w których żyjemy - podsumował Szabłowski.
Tomasz Więcławski (PAP)
twi/ aszw/ grg/