Zofia Wichłacz - studiuje emocje nie tylko na planie filmowym [WYWIAD]
Od czterech lat prowadzę dość uporządkowane życie. Studiuję dziennie psychologię - teraz robię magisterium z neurokognitywistyki. W dużym uproszczeniu, uczymy się badać mózg, biologiczne podstawy procesów psychicznych. Jeszcze nie mam do końca odpowiedzi na pytanie, co zrobię z tą całą wiedzą, ale daję sobie czas – mówi PAP Life Zofia Wichłacz, którą widzowie mogą pamiętać z kreacji w filmie "Miasto 44". Jak podkreśla, studia dały jej narzędzia potrzebne do tego, by radzić sobie z presją, jaka towarzyszy aktorom. Od piątku możemy ją oglądać w nowym filmie Kasi Adamik, „Zima pod znakiem Wrony”, w którym zagrała studentkę w czasie stanu wojennego.
PAP Life: „Zima pod znakiem Wrony” rozgrywa się w pierwszych dniach stanu wojennego. Dla ciebie to historia, bo urodziłaś się w połowie lat 90. Jak przygotowywałaś się do zagrania Aliny Wachowiak, młodej opozycjonistki? Sięgnęłaś do jakiś archiwalnych dokumentów, a może rozmawiałaś z ludźmi, którzy wtedy działali w opozycji?
Zofia Wichłacz: Zawsze, gdy zaczynam zastanawiać się nad rolą, stawiam sobie pytania natury egzystencjalnej: czego ta postać chce od życia, jakie są jej motywacje, jakie wymagania ma względem siebie i świata, jakie ma marzenia, jakie ograniczenia - czyli, co musi przezwyciężyć w tej opowieści. I jeżeli mamy historyczny film, to zwykle będzie to ściśle związane z realiami tamtych czasów, więc oczywiście jest to dla mnie bardzo ważny komponent budowania roli. Próbuję dowiedzieć się, jak najwięcej o czasach, w których funkcjonuje moja bohaterka. W przypadku Aliny, oprócz zgłębiania literatury, miałam osobiste historie w rodzinie, z których mogłam czerpać.
PAP Life: Możesz o nich opowiedzieć?
Z.W.: Moja mama była studentką bardzo zaangażowaną w działania antykomunistyczne. Wcześniej trochę o tym słyszałam, ale przy okazji filmu rozmawiałyśmy więcej na ten temat. Mama opowiadała mi, że kiedyś organizowali przewóz ostatniego uratowanego powielacza z Politechniki Wrocławskiej do domu, gdzie mieściła się nielegalna drukarnia. Odwiozła na dworzec chłopaka z powielaczem, bo miasto było obstawione milicją. On miał jechać pociągiem, a ona szybko pustym autem, żeby odebrać go na konkretnej stacji. Kiedy wróciła na parking przy dworcu, przy jej aucie stało już dwóch milicjantów. Na szczęście przyczepili się do tego, jak zaparkowała. Niczego innego nie podejrzewali, ale wiadomo, jaki to musiał być dla niej stres. Takich historii było więcej i z pewnością były dla mnie inspiracją w filmie. Jedną z pierwszych scen w „Zimie pod znakiem Wrony” jest protest na wykładzie. Mama wspominała, że na pierwszy wykład po wprowadzeniu stanu wojennego, kiedy zajęcia zostały przywrócone, studenci umówili się, że przyjdą w wielkich, czarnych, okularach przeciwsłonecznych i tak usiądą przed profesorem, który był totalnym komunistą. Oczywiście on się strasznie wkurzył (śmiech).
PAP Life: Karnawał Solidarności i stan wojenny to doświadczenie formujące dla ludzi w wieku twojej mamy. Twoje pokolenie urodzone w czasach wolności i względnego dobrobytu długo nie musiało zdawać żadnych sprawdzianów. Aż przyszła pandemia, wojna w Ukrainie.
Z.W.: Jest we mnie opór przed możliwie krzywdzącą generalizacją, dlatego wolę powiedzieć, czym były dla mnie osobiście te dwa konkretne wydarzenia: pandemia i inwazja Rosji na Ukrainę. Również biorąc po uwagę fakt, że jestem świadoma, jak moje życie jest w wielu aspektach uprzywilejowane. Kiedy miałam dwadzieścia kilka lat, świat był otwarty, podróżowałam, skupiłam się na karierze. Pandemia mnie zatrzymała, a wojna mną wstrząsnęła i obudziła lęki, o których nie miałam pojęcia. W jakimś sensie poczułam połączenie z moimi przodkami, którzy doświadczyli poczucia zagrożenia, utraty poczucia bezpieczeństwa. Z czasem te lęki oswoiłam, ale na pewno często o tym myślę.
Pandemia była szokiem. Paradoksalnie - nie wiem do końca, dlaczego - nie bałam się o swoich rodziców, którzy nie są już młodzi. Być może naiwnie wierzyłam, że będzie dobrze. Przecież wokół widziałam straszną stronę pandemii: chorobę, śmierć, niepewność. Ale muszę też powiedzieć o drugim aspekcie, o którym rozmawiałam z wieloma ludźmi. Nie mówię, że takie tragiczne wydarzenia są potrzebne - absolutnie nie chcę gloryfikować pandemii. Ale stało się coś takiego, że świat się zatrzymał. Wtedy zadajesz sobie inne pytania niż te, gdy stale jesteś w trybie działania.
PAP Life: Niektórzy przyznali, że po raz pierwszy od bardzo dawna mieli czas.
Z.W.: Wiele osób, np. filmowcy nie mogło wykonywać swojej pracy. Mam świadomość, że dla wielu osób pandemia była dramatyczną walką o przetrwanie. Z dnia na dzień stanął cały przemysł filmowy i nie było wiadomo, kiedy ruszy ponownie, ale moja osobista sytuacja była bezpieczna. To była lekcja pokory, ale też czas na przewartościowania, na zadbanie o zdrowie i relacje z bliskimi. Ta przerwa również spowodowała, że jeszcze mocniej utwierdziłam się w przekonaniu, że w trosce o swój dobrostan chcę pracować w tym zawodzie na swoich zasadach. Dojrzałam do tego, by dbać o równowagę, bo wiem, jak łatwo w tym zawodzie zatracić siebie.
PAP Life: Aktorstwo jest niestabilnym zawodem. Żyje się od projektu do projektu, masz dłuższe przerwy albo kompletnie brakuje ci czasu.
Z.W.: Od czterech lat prowadzę dość uporządkowane życie. Studiuję dziennie psychologię - teraz robię magisterium z neurokognitywistyki. Jest to specjalność integrująca m.in psychologię poznawczą, neurobiologię, neuropsychologię. Czyli, w dużym uproszczeniu: uczymy się badać mózg, jego biologiczne podstawy procesów psychicznych. To mi dało niesamowicie zdrową rutynę - chyba pierwszy raz w życiu. Bo przecież dzienne studia wyglądają tak, że od poniedziałku do piątku masz zajęcia, masz terminy egzaminów, które się nie zmienią. Nic się nie przesuwa tak, jak to bywa w świecie filmu.
PAP Life: A co dalej z aktorstwem?
Z.W.: Aktorstwo nadal jest dla mnie ważne i absolutnie nigdzie się nie wybieram (śmiech). Wydaje mi się, że te dwie dziedziny mogą się dobrze uzupełniać. Pasja do psychologii rosła we mnie od lat i długo myślałam, czy w jakiś sposób może stać się moją pracą. Dla mnie etyka jest kluczowa. Czuję, że jeśli chcę zabierać głos w sprawach psychologii, potrzebuję rzetelnego, akademickiego fundamentu. Tego wymaga szacunek do odbiorców, pacjentów i samej dziedziny. Dlatego uważam, że dopiero kiedy masz dyplom, masz prawo coś z tym zrobić profesjonalnie, np. tworzyć podcast czy popularyzować wiedzę. Jeszcze nie mam do końca odpowiedzi na pytanie, co zrobię z tą całą wiedzą, ale daję sobie czas.
PAP Life: 12 lat temu zagrałaś główną rolę - „Biedronkę” w filmie „Miasto 44” Jana Komasy. To przełomowy obraz w historii polskiego kina, ale też - osobiście - ważny dla ciebie. Miałaś 19 lat, kiedy dostałaś Złote Lwy na Festiwalu w Gdyni. Świetny debiut, ale potem nie grałaś często.
Z.W.: Może z boku tak to wyglądało, bo wybierałam projekty bardziej niszowe lub dążyłam do udziału w projektach zagranicznych, jak np. duński serial „DNA” czy brytyjski serial BBC „Świat w ogniu”. Dla mnie to był czas intensywnej nauki zawodu w różnych systemach pracy i od wspaniałych twórców. Zwróć również uwagę na to, ile wtedy w Polsce było ról dla takich młodych dziewczyn? Zwykle karierę robi się po szkole teatralnej, mając 26, 27, czy nawet 30 lat. To świetny wiek, jeszcze możesz grać młodsze bohaterki i już mogą cię charakteryzować na starsze. Moja droga była kompletnie inna. Kiedy znalazłam się na planie „Miasta 44”, miałam 18 lat - byłam właściwie dzieckiem. Miałam za sobą teatr telewizji („Moralność Pani Dulskiej” w reż. Marcina Wrony), odcinek serialu. Ale to była główna rola, wielki film z bardzo trudnymi scenami do zagrania, intensywne zdjęcia. Byłam na to kompletnie niegotowa, a do tego dwa tygodnie po skończeniu zdjęć musiałam wrócić do szkoły i skupić się na nauce, bo byłam w klasie maturalnej.
PAP Life: Jak sobie poradziłaś?
Z.W.: Nie będę lukrować, że ten film nic mnie nie kosztował. Miałam depresję po zakończeniu zdjęć, z której na szczęście udało mi się wyjść. Z perspektywy czasu wiem, że to była normalna reakcja organizmu na takie psychofizyczne obciążenie. Film był głośny, chyba do dziś jestem najmłodszą aktorką, która dostała nagrodę w Gdyni za główną rolę kobiecą. To z boku mogło wyglądać na wielki sukces, ale chcę powiedzieć, że wszystko ma dwie strony medalu. Jako 19-latka, po prostu po ludzku nie miałam jeszcze narzędzi, by poradzić sobie z taką presją. Dziś, dzięki studiom i psychoterapii, rozumiem ten mechanizm. Ale wtedy to była po prostu walka o to, by znów poczuć grunt pod nogami. Na to nie da się przygotować, nie da się mieć zasobów i narzędzi, które mam teraz jako 30-latka. Na pewno z wiekiem mam już swoje sposoby, żeby się wyregulować po ciężkim dniu zdjęciowym. To nie dzieje się natychmiast, ale wszystko się układa, tylko trzeba dać sobie czas.
PAP Life: Myślałaś o karierze zagranicznej?
Z.W.: Zawsze chciałam zagrać w zagranicznych produkcjach, ćwiczyłam z coachami różne akcenty po angielsku, więc praca na planach tych dwóch seriali to też było spełnienie moich marzeń. Co ciekawe, przy drugim sezonie „Świata w ogniu” dużo pracowałam z Lesley Manville, która w „Zimie…” gra główną rolę. Jestem szczęśliwa, że zrobiłam ten film z Kasią Adamik. W ogóle chciałabym wrócić do filmów artystycznych. Tego rodzaju kino może być dla widza wymagające. Trzeba się skupić, trzeba je jakoś przeżyć. Ale właśnie takie kino mnie najbardziej pociąga. Moja Alina w „Zimie” jest postacią drugoplanową, ale też ma bardzo emocjonalne momenty. Chcę po prostu opowiadać historie, które ludzi poruszają. Historie, w których mogą zobaczyć siebie, wrócić do domu i pomyśleć: „O kurczę, może to było o mnie, może o kimś bliskim, coś przeżyłem, coś czuję, zadam sobie jakieś pytania". O to chodzi w tym zawodzie. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/moc/ag/ep/
Zofia Wichłacz jest córką operatora filmowego Zbigniewa Wichłacza i scenografki Anny Seitz-Wichłacz. W 2014 roku zagrała jedną z głównych ról w dramacie wojennym „Miasto 44” Jana Komasy. Za rolę sanitariuszki „Biedronki” otrzymała Orła w kategorii odkrycie roku oraz nagrodę dla najlepszej aktorki pierwszoplanowej na festiwalu filmowym w Gdyni. Ma w dorobku kilkanaście ról w filmach, wśród których są takie tytuły, jak m.in. „Powidoki” Andrzeja Wajdy, „Zgoda” Macieja Sobieszczańskiego, „Amok” Kasi Adamik oraz seriale „Rojst’97” i „Rojst Millenium” Jana Holoubka. Studiuje psychologię. Akademię Teatralną w Warszawie, gdzie uczyła się aktorstwa, porzuciła po pierwszym semestrze. 20 lutego na ekrany kin wszedł obraz „Zima pod znakiem Wrony” Kasi Adamik, w którym wcieliła się w rolę studentki w czasie stanu wojennego. Ma 30 lat.