Agnieszka Grochowska: chciałabym, by „Brat” dawał widzom poczucie uwolnienia
Chciałabym, by „Brat” dawał widzom poczucie uwolnienia. By pokazywał, że niekiedy trzeba podjąć wiele prób, zanim się podniesiemy. Nie ma innej metody - powiedziała PAP Agnieszka Grochowska. Film Macieja Sobieszczańskiego z jej udziałem pokazano w sekcji Kino kobiet 36. Malta Festivalu w Poznaniu.
„Brat” śledzi losy pielęgniarki, która marzyła o szczęśliwej rodzinie, ale jej złudzenia szybko rozwiał los. Odkąd mąż trafił do więzienia za kradzieże, Agnieszka (w tej roli Agnieszka Grochowska) wychowuje sama dwóch synów – 14-letniego Dawida (Filip Wiłkomirski) i 9-letniego Michała (Tytus Szymczuk). Kocha chłopców bezgranicznie, dba, by niczego im nie brakowało. Za wszelką cenę usiłuje ochronić ich przed złem, dlatego nie wyjaśnia, za co skazano ich ojca. Jednak problemy dnia codziennego coraz bardziej ją przytłaczają, a mąż nawet z celi kontroluje każdy jej ruch. Kiedy pewnego dnia Agnieszka dowiaduje się, że jej partner otrzymał dodatkowy wyrok za pobicie współwięźnia, jest na skraju załamania nerwowego. – Moja bohaterka działa instynktownie, wiedziona wolą przetrwania. Aby zapewnić swoim dzieciom byt, nie może się rozpaść. Musi cały czas iść do przodu. Przed nią decyzja, która może przynieść wolność, niesamowitą zmianę, ale jest obarczona ogromnym ryzykiem i strachem – powiedziała PAP Agnieszka Grochowska.
Aktorka jest od dawna zaangażowana w projekt Sobieszczańskiego. Scenariusz trafił do niej w 2019 r., przed wybuchem pandemii. Jej dzieci były bardzo małe – jedno właśnie szło do przedszkola, a drugie do szkoły. – W grudniu ubiegłego roku, w okolicach premiery „Brata”, okazało się, że moi synowie mają dokładnie tyle lat, ile chłopcy w filmie. Rzeczywistość w przedziwny sposób dogoniła kino. Pamiętam, że czytając tekst po raz pierwszy, nie rozumiałam mojej bohaterki. Bardzo surowo oceniałam jej metody wychowawcze. Jednak wiadomo, że w filmie potrzebujemy mocniejszych przykładów ukazujących, jakie błędy popełniamy jako ludzie. A także przypomnienia, że nawet jeśli błądzimy, mamy prawo zawalczyć jeszcze raz. Nie jesteśmy skazani na potępienie. Bardzo ważny jest ten drobny moment, kiedy wybaczamy samemu sobie – zwróciła uwagę.
„Brat” nie opowiada o patologicznej rodzinie, lecz o tym, że każdy może postąpić źle, popełnić błąd. – To wynika z tego, że się boimy, jesteśmy słabi. Zostaliśmy na pustyni bez możliwości zaczerpnięcia siły, dzięki której sprawy wróciłyby na właściwy tor. Grzęźniemy w olbrzymim poczuciu winy, potępiamy samych siebie. Wtedy jest bardzo trudno. Chciałabym, żeby ten film dawał widzom poczucie uwolnienia. By pokazywał, że niekiedy trzeba podjąć wiele prób, zanim się podniesiemy. Nie ma innej metody. To trochę tak jak z ćwiczeniami na siłowni – zmierzamy do celu małymi krokami. Początkowo jesteśmy w stanie zrobić zaledwie parę pompek, a później więcej i więcej. Jeśli każdego dnia będziemy poruszać się o milimetr do przodu, zrobimy ogromny postęp. Musimy tylko dać sobie szansę, uwierzyć, że ten milimetr naprawdę ma znaczenie – podkreśliła rozmówczyni.
Grochowska wspomniała, że w przygotowaniach do roli pomogły jej obserwacje, rozmowy z ludźmi. – To się nie zatrzymuje, bo nawet w życiu trudno jest mi patrzeć powierzchownie na czyjeś reakcje. Zawsze próbuję znaleźć uzasadnienie danego zachowania. Dobre aktorstwo polega także na tym, że to, co widzimy na ekranie, powinno być inne w warstwie dźwiękowej niż w warstwie wizualnej, inne w emocjach. Najczęściej ludzie nie wyrażają wprost tego, co czują. Ich słowa nie pokrywają się z czynami albo mówią coś innego, a ciało zdradza, co tak naprawdę myślą. To wszystko przenika się, jest bardzo niejednoznaczne. Pewnie dlatego, że zajmuję się aktorstwem już 25 lat, ciekawią mnie nieoczywiste rozwiązania. W wypadku tego filmu miałam o tyle ułatwione zadanie, że scenariusz został fantastycznie napisany. Maciek Sobieszczański i Grzegorz Puda wykonali wspaniałą pracę – przyznała.
Dla aktorki „Brat” był przedsięwzięciem wyjątkowym także ze względu na relacje, jakie nawiązała z ekipą i obsadą – także z debiutującymi na wielkim ekranie Filipem Wiłkomirskim i Tytusem Szymczukiem. – Filip parę dni temu skończył 16 lat i wie, że w każdej chwili może się do mnie odezwać. Nie było dotąd takiej potrzeby, ale wyobrażam sobie, że jesteśmy w stanie dużo dla siebie zrobić. Gdyby zadzwonił i zapytał, czy mogę przyjechać, bo czegoś potrzebuje, to wsiadłabym w samochód i przyjechała. Czuję się uprzywilejowana, że nasze drogi się zetknęły i utrzymujemy kontakt. To samo dotyczy Tytusa. Wielka w tym zasługa rodziców chłopców oraz Maćka. Ilekroć jeździliśmy na festiwale, trzymaliśmy się razem, siadaliśmy w restauracji jak jedna, wielka rodzina. Jak mówił Andrzej Wajda, atmosfera na planie też się fotografuje. Rzeczywiście, zażyłość, bliskość, zaufanie to wielki zysk tej pracy. Przecież w gruncie rzeczy nie chcemy niczego innego jak tylko spotkania z drugim człowiekiem – powiedziała.
Już niebawem Grochowską będzie można oglądać w najnowszym filmie Sobieszczańskiego „Przez ścianę”, w którym wystąpiła razem z Marią Dębską, Jakubem Gierszałem, Agnieszką Suchorą i Arkadiuszem Jakubikiem. Premierę zaplanowano na 2026 r. – Jest i będzie intensywnie i ciekawie. Cieszę się, że w ostatnich latach mogłam grać w tak różnych gatunkowo filmach jak „Dzień Matki”, „Kos” czy „Skołowani”. Paradoksalnie w każdej z tych produkcji czułam się bardzo dobrze. Pamiętam, jak jeździliśmy na wózkach z Michałem Czerneckim po Wrocławiu. Cieszyłam się, że biorę udział w historii kogoś, kto mógłby być zgorzkniały i sfrustrowany, a jednak potrafi cieszyć się życiem. Pociąga mnie jasna strona egzystencji. Nie chodzi o to, że marzą mi się teraz wyłącznie role w filmach komediowych albo komediach romantycznych. Po prostu interesuje mnie silne oblicze człowieka, to, co pięknego w nim tkwi i sprawia, że nigdy się nie poddaje. Nie będę unikała grania trudnych emocji. Natomiast czuję dużo radości, wdzięczności, wiary w drugą osobę. Bardzo chciałabym to pogłębiać – podsumowała aktorka. (PAP)
dap/ wj/ kgr/