Były prezydent Korei Południowej skazany na dożywocie [WIDEO]
Były prezydent Korei Płd. Jun Suk Jeol został w czwartek skazany przez sąd w Seulu na karę dożywocia za kierowanie zamachem stanu. Wymiar sprawiedliwości uznał go za winnego próby paraliżu władzy ustawodawczej i naruszenia porządku konstytucyjnego poprzez wprowadzenie stanu wojennego w grudniu 2024 r.
Sędzia Dzi Gwi Jeon podkreślił, że głównym celem działań Juna było zablokowanie prac Zgromadzenia Narodowego przy użyciu sił zbrojnych. Były prezydent został uznany za winnego także nadużycia uprawnień.
– Trudno zaprzeczyć, że oskarżony zamierzał trwale uniemożliwić funkcjonowanie Zgromadzenia Narodowego (parlamentu - PAP), wysyłając wojsko, blokując gmach i planując aresztowania kluczowych polityków – oświadczył sędzia. Sąd uznał te działania za wypełniające znamiona buntu i naruszenia porządku konstytucyjnego. Były prezydent został także uznany za winnego nadużycia uprawnień.
Wyroki usłyszeli również współoskarżeni urzędnicy. Były minister obrony Kim Jong Hjun został skazany na 30 lat więzienia za udział w planowaniu zamachu stanu. Na kary od 3 do 18 lat pozbawienia wolności sąd skazał czterech innych funkcjonariuszy, w tym byłych szefów policji, którzy brali udział w puczu. Dwóch oskarżonych uniewinniono.
Wszyscy skazani mają siedem dni na złożenie apelacji – podkreślił sędzia, kończąc posiedzenie.
65-letni Jun przyjął wyrok z kamienną twarzą, nie okazując emocji. Sąd w uzasadnieniu wymiaru kary wytknął mu brak skruchy, podkreślając, że „wyrządził fundamentalne szkody południowokoreańskiej demokracji” oraz unikał udziału w części rozpraw. Jako okoliczności łagodzące wskazano jednak fakt, że plan przewrotu był „mało precyzyjny” i zakończył się fiaskiem, a siły porządkowe powstrzymały się od użycia ostrej amunicji.
Obrońca byłego prezydenta ostro skrytykował orzeczenie, sugerując polityczne tło procesu i upadek zasad prawnych. – Nie można zasłonić nieba dłonią; jedyne, co się zasłania, to własny wzrok. Kiedy chmury się rozstąpią, słońce nieuchronnie się pojawi – powiedział dziennikarzom przed sądem mecenas Juna, cytowany przez portal Korea Joongang Daily. Prawnik podał w wątpliwość sens składania apelacji w systemie, w którym – jego zdaniem – „prawo jest lekceważone”.
Oczekuje się, że sprawa Juna ostatecznie trafi do Sądu Najwyższego.
W opinii przewodniczącego Zgromadzenia Narodowego Wu Won Szika sąd potwierdził, że wprowadzenie przez Juna stanu wojennego było aktem rebelii. Wu podkreślił również, że władza musi być sprawowana w ramach konstytucji, dodając, że Jun powinien przeprosić Koreańczyków, nawet jeśli jest to spóźnione – podały lokalne media.
Ogłoszeniu wyroku towarzyszyły nadzwyczajne środki bezpieczeństwa i obecność policji. Przed gmachem sądu zgromadziły się setki zwolenników byłego prezydenta, wznoszących okrzyki „Uwolnić prezydenta Juna” i wymachujących flagami Korei oraz USA. Grupy prawicowe zapowiadały w tym miejscu wiec na ponad 4 tys. osób.
Czwartkowy wyrok zakończy 443-dniową sagę, która rozpoczęła się wieczorem 3 grudnia 2024 r. od dramatycznych scen pod Zgromadzeniem Narodowym po ogłoszeniu przez Juna stanu wojennego. Wojsko na rozkaz prezydenta wdarło się wówczas do parlamentu z młotami i karabinami, wybijając szyby i próbując aresztować deputowanych. Ci zdołali się jednak zebrać i jednomyślnie przegłosować zniesienie stanu wojennego, co wymusiło wycofanie wojsk z gmachu po kilku godzinach chaosu i otworzyło drogę do usunięcia Juna z urzędu i postawienia go przed sądem.
W połowie stycznia br. były prezydent został już skazany na pięć lat pozbawienia wolności za nadużycie władzy, w tym wykorzystanie ochrony prezydenckiej do zablokowania próby aresztowania go.
Czwartkowy wyrok ogłoszono w w tej samej sali sądowej, w której w 1996 r. skazano na karę śmierci innego byłego przywódcę i dyktatora, Czun Du Hwana, m.in. za działania związane z zamachem stanu w 1979 r. Rok później Czun został ułaskawiony.
Jun Suk Jeol – od „łowcy prezydentów” do prezydenta z wyrokiem dożywocia
Jun Suk Jeol, człowiek, który wysłał do więzienia dwóch prezydentów, sam usłyszał wyrok, który niweczy jego polityczne dziedzictwo. Były prokurator generalny, a później prezydent Korei Płd. został w czwartek skazany na dożywocie za kierowanie zamachem stanu, co czyni go jedną z najtragiczniejszych postaci w nowoczesnej historii kraju.
Urodzony w 1960 r. w Seulu Jun przez 27 lat pracował jako prokurator, który zasłynął z walki z korupcją i odegrał kluczową rolę w skazaniu za nadużycie władzy byłych prezydentów: Park Geun Hie oraz Li Miung Baka. Na stanowisko prokuratora generalnego mianował go w 2019 r. jego poprzednik na stanowisku głowy państwa, liberał Mun Dze In, z którym Jun wkrótce popadł w konflikt, oskarżając jego współpracowników o korupcję.
Postawa ta zjednała mu sympatię konserwatywnej Partii Władzy Ludowej (PWD). Jun zrezygnował z kariery w wymiarze sprawiedliwości i w 2021 r. wszedł do polityki. W marcu następnego roku wygrał wybory prezydenckie, pokonując o włos kandydata opozycji Li Dze Miunga.
Od początku kadencji w maju 2022 r. Jun mierzył się z opozycją w parlamencie, w którym jego partia nie miała większości. Legislacyjny paraliż skłonił go do częstego korzystania z prawa weta, co jego przeciwnicy nazywali „dyktaturą wykonawczą”. Popularność Juna zmniejszały też skandale, w tym tragedia podczas Halloween w Seulu w 2022 r., gdy zginęło ponad 150 osób.
Pierwsza dama Kim Kon Hi, którą Jun poślubił w 2012 r., również stała się obciążeniem dla jego wizerunku. Choć początkowo zyskała sympatię, promując zakaz hodowli psów na mięso, jej reputację zniszczyło nagranie, na którym przyjmuje luksusową torebkę Diora od pastora. Jun bagatelizował sprawę, twierdząc, że odmowa przyjęcia prezentu byłaby niegrzeczna, co tylko podsyciło gniew społeczeństwa.
Wybory parlamentarne w kwietniu 2024 r. potwierdziły izolację prezydenta – jego partia poniosła klęskę. Poparcie dla Juna spadło pod koniec roku do 19 proc., a on sam coraz częściej oskarżał opozycję o sympatyzowanie z Koreą Północną i paraliż państwa. W reakcji na wnioski o odwołanie swoich ministrów i blokowanie budżetu, Jun podjął desperacką próbę utrzymania władzy. 3 grudnia wieczorem ogłosił stan wojenny, wysyłając wojsko do parlamentu pod pretekstem walki z „siłami antypaństwowymi”. Ryzykowny manewr przetrwał zaledwie sześć godzin, zanim parlamentarzyści – w tym członkowie jego własnej partii – zmusili go do wycofania dekretu.
Opozycja natychmiast złożyła wniosek o impeachment. W styczniu 2025 r. wydarzyła się rzecz bez precedensu w dotychczasowej historii kraju - Jun został aresztowany jeszcze jako urzędujący prezydent, mimo oporu ze strony funkcjonariuszy jego ochrony. Zdjęcia Juna wyprowadzanego w kajdankach stały się dowodem na siłę instytucji demokratycznych, które potrafiły pociągnąć do odpowiedzialności nawet urzędującą głowę państwa.
4 kwietnia Trybunał Konstytucyjny podtrzymał wniosek o impeachment, usuwając Juna ze stanowiska. Stał się on drugim w historii Korei Płd. prezydentem pozbawionym urzędu.
W toku procesu, który rozpoczął się wkrótce potem, specjalny prokurator zażądał dla polityka kary śmierci, argumentując, że wprowadzenie stanu wojennego było próbą obalenia porządku konstytucyjnego i „odgórnym zamachem stanu”. Jun konsekwentnie nie przyznawał się do winy. Utrzymywał, że stan wojenny był jedynie „środkiem ostrzegawczym” i „symbolicznym”, mającym wstrząsnąć sceną polityczną, a nie faktyczną próbą wprowadzenia dyktatury wojskowej.
W obliczu tych wydarzeń mało kto pamięta już o wcześniejszych osiągnięciach Juna na arenie międzynarodowej. Był on pierwszym prezydentem Korei Płd. zaproszonym na szczyt NATO, a także doprowadził do zbliżenia z USA i Japonią (co pamiętne, zaśpiewał „American Pie” podczas wizyty u Joe Bidena). Twarda postawa Juna wobec Pjongjangu skutkowała jednak zerwaniem relacji z Północą i wzrostem napięcia na Półwyspie Koreańskim.
Jun Suk Jeol, który swoją karierę zbudował na bezkompromisowym ściganiu nadużyć władzy, kończy ją jako osoba skazana za najcięższą zbrodnię przeciwko państwu. Jak zauważają komentatorzy, polityk, który obiecywał rządy prawa, stał się ich grabarzem, a jego prezydentura powinna być przestrogą dla przyszłych pokoleń przywódców Korei.
Krzysztof Pawliszak (PAP)
krp/ rtt/ kgr/