Mim, który zaczął śpiewać. Nowy rozdział w karierze Ireneusza Krosnego [WYWIAD]
Przez ponad trzy dekady Ireneusz Krosny zachwycał publiczność pantomimą, teraz rozpoczyna zupełnie nowy etap swojej kariery. Niedawno wydał debiutancki singiel „Tyski blues”, a w przyszłym roku planuje premierę płyty. - Mam nadzieję, że muzyka stanie się moją drugą ścieżką artystyczną. Mam w tej chwili w głowie mnóstwo pomysłów, którymi bardzo chcę się podzielić – opowiada PAP Life Krosny.
PAP Life: Mówi się, że na spełnianie marzeń nigdy nie jest za późno. Pan jest najlepszym dowodem na to, że to prawda. Po 50-tce ukończył pan studia muzyczne, a niedawno wydał swój debiutancki singiel. Co sprawiło, że właśnie teraz postanowił pan to zrobić?
Ireneusz Krosny: Rzeczywiście, to spełnienie moich młodzieńczych marzeń, bo bluesem interesowałem się już w szkole podstawowej i średniej. Miałem nawet swój zespół. Próbowałem się przenieść z technikum do średniej szkoły muzycznej. Niestety wpadłem na ten pomysł zbyt krótko przed egzaminami i nie byłem już w stanie przygotować całego wymaganego repertuaru. I tak od 34 lat z zamiłowania występuję jako mim, ale równolegle gram sobie dla przyjemności na fortepianie. I jakoś nigdy nie było czasu, żeby zająć się muzyką na poważnie.
Przełomem okazała się pandemia. Odwołano mi wszystkie występy i nagle miałem dużo wolnego czasu, więc zacząłem dużo grać - najpierw dwie godziny dziennie, potem trzy. W końcu zaczęły mnie boleć ręce i pomyślałem sobie: „A zawodowców nie bolą”. Wziąłem kilka lekcji. W końcu zadzwoniłem do znajomego pianisty, którego znałem jako akompaniatora Zbigniewa Zamachowskiego: „Romek, mam takie pytanie pianistyczne…”, a on: "Co ja ci będę lekcji udzielał? Zapisz się do nas na studia". „Zwariowałeś, ja mam dzieci, wnuki, życie zawodowe, musiałbym mieć znajomego dziekana, żeby to w ogóle pogodzić z życiem. Kto u was jest dziekanem?". A on mówi: „Ja”. Zacząłem rozważać, czy to jest możliwe, żeby w moim wieku iść na studia muzyczne. Sprawdziłem, jakie są egzaminy. Zapytałem żonę, co o tym sądzi, bo były to studia dzienne, więc ogromne obciążenie czasowe.
PAP Life: I jak zareagowała żona?
I.K.: To ciekawa historia. Dlatego że moja żona też się kiedyś przebranżawiała. Skończyła rehabilitację i pracowała w ośrodku dla dzieci z porażeniem mózgowym. To ciężka praca, mocno obciążająca fizycznie. Kiedy zaczęła odczuwać bóle w plecach, martwiłem się: „Nie dasz rady zdrowotnie, wykończysz się". A ponieważ nieźle znała angielski, poradziłem jej, żeby zrobiła anglistykę. Długo się wahała, ale w końcu poszła na studia i została magistrem anglistyki. Kiedy powiedziałem jej o studiach, zareagowała: „Idź, ty mi pomogłeś z angielskim, ja ci pomogę z jazzem”. Na egzamin wstępny musiałem nauczyć się dwóch utworów jazzowych z własną improwizacją, był jeszcze egzamin z kształcenia słuchu i inne rzeczy. Dostałem się, ale wciąż nie wiedziałem, jak będzie. Po pierwszym roku stwierdziłem, że chyba jednak te studia zrobię. Z czasem pandemia się skończyła, więc było trudniej. Woziłem ze sobą na wszystkie występy elektroniczne pianino i ćwiczyłem, gdzie się dało: w garderobach, hotelach.
PAP Life: Gdzie pan studiował?
I.K.: W Państwowej Akademii Nauk Stosowanych w Nysie, na wydziale jazzu.
PAP Life: Studenci i wykładowcy rozpoznali pana?
I.K.: Od razu na egzaminach wstępnych. Znali mnie jako mima, więc zdziwienie było spore. Studenci też na początku myśleli, że chyba telewizja coś kręci, ale później zaczęły się normalne studia i przyzwyczaili się, że taki dinozaur jak ja chodzi z nimi na zajęcia. Zdarzały się różne komiczne sytuacje. Czasem ktoś mnie pytał: „Po co robisz studia w tym wieku?”. Żartowałem: „Zawsze chciałem dostawać emeryturę zaraz po studiach”. Z drugiej strony, było to dla mnie niesamowicie piękne i odświeżające przeżycie - taka druga młodość. Kadra też była wspaniała, bardzo dużo się nauczyłem. Grać na fortepianie jazzowym uczył mnie profesor Wojciech Niedziela, który wykłada również na Akademii Muzycznej w Katowicach. Jego porady techniczne, czyli po prostu manualne – to, w jaki sposób sprawić, żeby dźwięki brzmiały, żeby ręka się rozpędziła do odpowiedniej prędkości - okazały się niesamowicie przydatne. Po otrzymaniu dyplomu licencjata doszedłem do wniosku, że w mojej sytuacji lepiej poświęcić więcej czasu na samą grę, czyli przejść do praktyki. Założyłem więc swoje trio i po cichutku, bez żadnego rozgłosu, zaczęliśmy koncertować, powoli tworzyć własny repertuar.
PAP Life: Gdzie występowaliście?
I.K.: Tam, gdzie nas zapraszali, w różnych domach kultury, klubach. Program nosił tytuł „Humor i muzyka” i składały się na niego moje anegdoty z 34 lat na scenie, przeplatane muzyką. Czyli ludzie się pośmiali, posłuchali muzyki - jak w dobrej kawiarence czy porządnym klubie.
PAP Life: W pewnym momencie postanowił pan nagrywać własne piosenki.
I.K.: Taki plan miałem od początku. W tej chwili właściwie ponad połowa repertuaru, który gramy, to już są moje własne kompozycje. Oczywiście jest to muzyka instrumentalna. Jednak już dawno myślałem o piosenkach. Dlatego chodziłem na lekcje wokalu do pani dr Danuty Sendeckiej. Moja pierwsza piosenka to „Tyski blues” i wypuściłem ją jako pierwszy singiel, ponieważ opowiada o moich początkach z bluesem i w ogóle o młodości w moim rodzinnym mieście - Tychach.
PAP Life: W „Tyskim bluesie” wspomina pan też Ryszarda Riedla, legendarnego wokalistę Dżemu. Dobrze się znaliście?
I.K.: Pracowaliśmy w tym samym budynku, czyli Teatrze Małym w Tychach. Dżem miał swoją własną salę prób nr 11, a ja często ćwiczyłem na scenie oraz w sali nr 13. Kiedyś robiłem nawet muzykę do przedstawienia amatorskiego teatru pantomimy na pożyczonych od Dżemu syntezatorach. Spotykaliśmy się czasem z Ryśkiem na korytarzach, raz czy dwa pogadaliśmy sobie, ale nie byliśmy bliskimi kolegami. On był jednak sporo starszy ode mnie, a ja w tym czasie chodziłem jeszcze do szkoły. Natomiast bliska była mi muzyka Dżemu. Siedziałem w bluesie od dziecka, byłem bardzo osłuchany z muzyką zespołów Dżem, Kasa Chorych, Breakout - ich dwie płyty właściwie grałem w całości. Jeździłem na festiwale bluesowe - Rawa Blues czy Olsztyńskie Noce Bluesowe, spałem gdzieś w lesie na kocu, ale ważne było, żeby posłuchać koncertów. Słuchałem też dużo „czarnego bluesa” - B.B. Kinga, Muddy’ego Watersa, Jamesa Bookera i wielu innych.
PAP Life: Zapowiada pan, że „Tyski blues” to początek. Pracuje pan nad kolejnymi piosenkami?
I.K.: Bardzo intensywnie. Gotowych, skomponowanych utworów mam już kilka, natomiast wymagają jeszcze stworzenia warstwy wizualnej czy kontynuacji nagrań studyjnych. Każdą piosenkę od początku do końca tworzę samodzielnie, piszę teksty i komponuję muzykę. Pomysłów mam więcej niż czasu na realizację, więc staram się dobrze wykorzystywać czas.
PAP Life: Co jest w tej chwili dla pana ważniejsze? Tworzenie muzyki czy występy jako mim?
I.K.: Cały czas z przyjemnością występuję jako mim i to wciąż jest większość mojego kalendarza. Niedawno zgłosiła się do mnie telewizja z propozycją ośmioodcinkowego programu i to z pewnością będzie wymagało stworzenia nowych scenek pantomimicznych, jednak z całą pewnością w tej chwili wysiłek twórczy jest skierowany głównie w stronę muzyki. I mam nadzieję, że w przyszłym roku, gdzieś na przełomie kwietnia i maja wydam moją pierwszą autorską płytę. Nawet wiem już, jaki będzie miała tytuł. Trwają też przygotowania multimediów pod koncerty z tym materiałem.
PAP Life: Dlaczego pan, chłopak z Tychów, postanowił zostać mimem?
I.K.: Gdzieś około piątej klasy szkoły podstawowej zobaczyłem krótki fragment pantomimy w telewizji, w filmie kryminalnym. Komisarz prowadzący śledztwo przechodził między rzędami widowni. Kamera na chwilę pokazała scenę, na której był mim, który dotykał niewidzialnej ściany, a ja jako dziecko naprawdę zobaczyłem tę ścianę, krzywą, zmurszałą. To mnie urzekło i pomyślałem, że chciałbym tak umieć. Tylko że dookoła socjalistyczna Polska, tu jakiś amerykański film. Gdzie miałem się tego uczyć? Wydawało się, że nie ma żadnych możliwości.
Jednak dwa lata później mój starszy brat powiedział mi, że jego szkoła idzie na przedstawienie pantomimy, a mnie zapaliła się lampka. I wtedy, bez biletu, dołączyłem do grupy wchodzących licealistów. Zobaczyłem spektakl, nic nie zrozumiałem, ale strasznie mi się podobało. Po spektaklu usłyszałem, że osoby zainteresowane pracą w zespole proszone są o pozostanie na widowni. Więc zostałem i dowiedziałem się, że to jest taki teatr licealno-studencki i właśnie organizują nabór nowych członków do zespołu z pierwszych klas szkół średnich. Byłem jeszcze w podstawówce, ale skoro zapraszają, to poszedłem na zajęcia. Wtedy dopiero przyznałem się, że chodzę do podstawówki. Zdziwili się, ale powiedzieli: „Skoro już jesteś, to zostań". W ten sposób stałem się najmłodszym członkiem teatru pantomimy.
Kiedy powiedziałem o tym rodzicom, widziałem, że mama była średnio zadowolona, ale tata zażartował, że lepsze to niż jakbym miał kioski okradać. Natomiast ja czułem, że to będzie moje życie. W teatrze byłem codziennie i trenowałem bardzo intensywnie. W czasach socjalizmu piękne było to, że jeśli się znało ciecia, to teatr był właściwie całodobowy. Po dwóch latach instruktor powierzył mi już szkolenie nowych ludzi.
PAP Life: A jak powstał Teatr Jednego Mima?
I.K.: Na pierwszym roku studiów założyłem swój własny teatr pantomimy. Zrobiłem występ, ogłosiłem nabór i zgłosiło mi się 40 chętnych. Z tym teatrem działałem trzy lata, bardzo fajnie to szło. Jednak teatr studencki miał jedną poważną wadę. Następuje w nim ciągła rotacja ludzi. Ktoś się żeni, ktoś zmienia uczelnię, itd. I kiedy po trzech latach mój najlepszy adept stwierdził, że jedzie pisać doktorat na Akademię Filozoficzną w Liechtensteinie, to był dla mnie punkt przełomowy. Powiedziałem sobie: „Nie chcę brać znowu nowych ludzi, którzy nic nie potrafią, nie chcę się wiecznie obracać w teatrze amatorskim”. Chciałem pójść w zawodowstwo, dlatego rozwiązałem zespół i założyłem Teatr Jednego Mima. Nawiasem mówiąc, chyba dobrze tego kolegę wyszkoliłem, bo na Akademii Filozoficznej w Liechtensteinie założył teatr pantomimy, który działał tam aż do jego powrotu do Polski, czyli równe 20 lat.
PAP Life: Łatwo sobie powiedzieć „zakładam teatr”, ale jak się przebić do szerszej publiczności?
I.K.: Początki były trudne. Przypominam, że nie było wtedy ani komórek, ani internetu. Wymyśliłem, że będę występował w szkołach. Wydrukowałem plakat i jeździłem od szkoły do szkoły, reklamując swoje występy. To był mój pierwszy „rynek zbytu”. Jednak doskonale zdawałem sobie sprawę, że szkoły to nie jest pomysł na życie, tylko na przeżycie. Zacząłem szukać wszelkich sposobów, żeby przebić się do szerszej publiczności.
PAP Life: I co pan wymyślił?
I.K.: Znalazłem wydany przez Ministerstwo Kultury informator kulturalny, w którym były wymienione wszystkie jednostki kultury w Polsce, czyli teatry, domy kultury, wszystkie festiwale itd. Przygotowałem folder i wysłałem go dokładnie do 2600 miejsc, wróciły mi trzy zaproszenia na występy, więc w zasadzie wyszedłem na zero. Potem zacząłem obdzwaniać wszystkie festiwale, które w nazwie miały „humor” albo „komedia”. Rozmowy były komiczne: „Co pan właściwie robi? Nic pan nie mówi przez godzinę? Pan jest sam na scenie? Ma pan czarny strój? No to my do pana zadzwonimy…”. Oczywiście nikt nie dzwonił.
Przełom nastąpił w 1995 roku, kiedy dostałem się na Festiwal Biesiady, Humoru i Satyry w Lidzbarku Warmińskim. Przyjęto mnie właściwie przez przypadek, bo nie dojechał inny zespół. To był dość poważny festiwal, przewodniczącym jury był Jerzy Hoffman, znany reżyser filmowy. Wygrałem i wtedy otworzyły się przede mną drzwi do festiwali kabaretowych. Zaprosili mnie na Przegląd Kabaretów PAKA do Krakowa, a to była wtedy absolutnie pierwsza liga. Przewodniczącym jury był Jerzy Stuhr, w owym czasie rektor PWST w Krakowie, a w składzie komisji - Nina Terentiew, Andrzej Mleczko, Jacek Fedorowicz, w sumie 10 znanych nazwisk. Tam również udało mi się wygrać. Jerzy Stuhr, jako zawodowiec, wtedy mnie trochę zdemaskował. W swojej recenzji mojego występu napisał „Krosny jest teatrem”. I miał rację - pantomima to nie jest kabaret, to jest po prostu teatr. Wygrana na PACE to był w moim życiu moment, w którym wszystko się zmieniło. Wkrótce pojawiła się telewizja i rok później musiałem już zatrudnić menedżera, który ogarniał telefony i kalendarz.
PAP Life: Były momenty, kiedy był pan znużony występami?
I.K.: Może nie tyle pracą, co wyjazdami. Mnóstwo grałem, mój życiowy rekord to pięć przedstawień w jeden dzień. Był taki miesiąc, że byłem tylko cztery dni w domu. W końcu usiedliśmy z żoną i doszliśmy do wniosku, że chyba nie o to nam chodziło. Postanowiliśmy ograniczyć moją pracę do 14 dni wyjazdowych w miesiącu. Z perspektywy czasu uważam, że było to genialne posunięcie, dzięki temu miałem normalne życie rodzinne, czas na relaks, odpoczynek.
PAP Life: Czy pantomima jest dziś popularna w Polsce?
I.K.: Ja nie narzekam, cały czas występuję. Natomiast uważam, że w tej chwili oferta rozrywkowa jest tak szeroka, ludzie mają tak dużo różnych propozycji, że pantomima nie przebija się tak łatwo jak kiedyś. Do tego dochodzi liczba godzin spędzana przed ekranami - to jest w tej chwili główny sposób spędzania wolnego czasu. Wielokrotnie uczestniczyłem w różnych międzynarodowych festiwalach pantomimy i miałem okazję sobie pooglądać, jak wygląda współczesna pantomima w różnych krajach. I widzę, że to, co w tej chwili najbardziej się podoba, to nie jest już taka pantomima, gdzie chodzi o puentę, opowiedzenie historii. W tej chwili liczy się efekt, zaskoczenie wizualnością, iluzją. Coraz większe jest wykorzystywanie rekwizytów, strojów, iluzjonistycznych gadżetów, czy nawet elektroniki. Można powiedzieć, że pantomima robi się bardziej efekciarska, a mniej fabularna. Trochę mi szkoda, jednak lubiłem historyjki i taką czystą formę.
PAP Life: Jako mim unikał pan pobielania twarzy, malowanych brwi. Dlaczego?
I.K.: Pobieloną twarz z namalowanymi brwiami powyżej naturalnych wprowadził Marcel Marceau, już nieżyjący słynny francuski mim. Mnie się to nie podobało, dla mnie taka twarz była jak maska. Stwierdziłem, że tak nie chcę. Nigdy nie stosowałem żadnego makijażu. Zawsze w pantomimie pociągała mnie surowość, lubiłem czystość formy - jeden człowiek na pustej scenie, który ma na sobie czarny strój, czarna scenografia, białe światło.
Większość mojego spektaklu odbywa się w ciszy. Przez większość przedstawienia jedynym odgłosem jest śmiech widowni. Gdyby nie udało mi się widowni rozbawić od razu, byłoby dla wszystkich jasne, że jest klapa. Na szczęście nigdy mi się taka sytuacja nie zdarzyła. Za każdym razem muszę zdobyć publiczność.
PAP Life: Jak długo można w ten sposób utrzymać uwagę widza?
I.K.: Najdłuższy spektakl, jaki w życiu zagrałem, to był prawie dwugodzinny występ w Teatrze Polskim we Wrocławiu. To było naprawdę wyzwanie, żeby ruchem ciała utrzymać tak długo uwagę rozbawionych ludzi.
PAP Life: Nigdy nie przeszkadzała panu ta cisza?
I.K.: Na scenie wchodzę w świat mowy ciała i zupełnie nie przychodzi mi do głowy, żeby coś powiedzieć, choć prywatnie raczej jestem gadułą.
PAP Life: To, że nie musi pan sięgać po komunikację werbalną, może też mieć pewnie swoje zalety, chociażby przy występach za granicą?
I.K.: W pantomimie wspaniałe jest też to, że nie ma żadnych barier językowych. Grałem w różnych egzotycznych krajach, mój osobisty rekord to występ dla 3000 dentystów ze 117 krajów.
PAP Life: Zamierza pan teraz godzić pantomimę i muzykę?
I.K.: Myślę, że będę występował na scenie jako mim, tak długo, jak długo będę czuł, że daję radę. Natomiast mam nadzieję, że powoli muzyka stanie się taką drugą ścieżką artystyczną. Mam w tej chwili w głowie mnóstwo pomysłów, którymi bardzo chcę się podzielić i nie będzie to tylko blues. (PAP Life)
Rozmawiała Iza Komendołowicz
ikl/ag/
Ireneusz Krosny – słynny polski mim, specjalizujący się w pantomimie komicznej. Pochodzi z Tych, swoją karierę rozpoczął w wieku 14 lat w Teatrze Ruchu i Pantomimy „Migreska”. Od 1992 roku funkcjonuje we własnym Teatrze Jednego Mima. Występował na scenach Europy, Stanów Zjednoczonych, Chin i Korei Południowej. Jest laureatem kilku festiwali krajowych i zagranicznych poświęconych twórczości kabaretowej i komediowej. Posiada własny oryginalny styl, podczas spektakli nie stosuje makijażu, występuje w czarnym trykocie, w otoczeniu skromnej scenografii. Od niedawna rozwija nowy projekt artystyczny - nagrał debiutancki singiel „Tyski blues”, w przyszłym roku planuje wydanie płyty. Ma 58 lat.