Media: protestujący w Iranie czują, że nie mają nic do stracenia
Masowe protesty w Iranie przybrały nowy charakter: ludzie wychodzą na ulice już nie przede wszystkim w imię wolności i demokracji, lecz z powodu kryzysu gospodarczego i poczucia, że nie mają nic do stracenia - relacjonuje korespondentka telewizji ARD dla tygodnika „Die Zeit”.
Według dziennikarki Natalie Amiri trwające we wszystkich 31 prowincjach Iranu demonstracje zasadniczo różnią się od wcześniejszych protestów.
„Wielu Irańczyków osiągnęło egzystencjalny punkt zwrotny: strach przed represjami państwa traci swoje paraliżujące działanie, bo coraz częściej przeważa poczucie, że i tak nie ma już nic do stracenia. Zgodnie z tą logiką wyjście na ulice nie jest już ryzykiem, lecz ostatnią dostępną formą działania” – pisze Amiri. Jej zdaniem Irańczykom nie chodzi już o wolność i demokrację, ale o możliwość zdobycia podstawowych środków do życia oraz obalenie władz odpowiedzialnych za obecną sytuację w kraju.
„Iran od lat żyje w stanie permanentnej eksplozji cen. Według wiarygodnych szacunków inflacja przekracza obecnie 50 proc., a w przypadku żywności sięga nawet 70 proc. Dewaluuje to dochody, zjada oszczędności i sprawia, że wszelkie plany na przyszłość wydają się bezsensowne” – czytamy.
Amiri przytacza relację podróżnika wracającego z Iranu. „Obserwował ludzi, którzy zabierali z lokalu fast food saszetki majonezu, by posmarować nim chleb. Ryż stał się luksusem. Nawet zubożała klasa średnia dawno musiała zrezygnować z mięsa” – podkreśla. Dodaje, że dzieje się to w kraju dysponującym jednymi z największych zasobów surowców na świecie.
Słabość i rywalizacja wśród rządzących
Zdaniem korespondentki w Iranie widoczna jest bezprecedensowa słabość rządzących, a państwo zdominowane jest przez rywalizujące ze sobą kręgi władzy. Do osłabienia reżimu przyczyniło się również obalenie lub osłabienie jego kluczowych sojuszników za granicą, w tym Hamasu w Strefie Gazy, Hezbollahu w Libanie i Huti w Jemenie, a także zaprzyjaźnionych reżimów, np. w Wenezueli.
Jak podkreśla Amiri, rośnie nie tylko gniew Irańczyków, lecz także precyzja, z jaką reżim stosuje przemoc. Przywołuje relację lekarza, według którego siły bezpieczeństwa zaczęły strzelać do ludzi z bliskiej odległości, co widać po charakterze obrażeń u osób trafiających do szpitali. „Placówki, które zwykle przeprowadzają dwie–trzy operacje ratunkowe w ciągu nocy, stały się prowizorycznymi szpitalami polowymi. Między godz. 21 a świtem wykonano 18 operacji. Wszystkie dotyczyły ciężkich urazów głowy” – relacjonuje lekarz.
„Walka o przetrwanie”
„Takie rzeczy dzieją się w państwie, którego przywódcy nie próbują już kontrolować sytuacji, lecz zaczęli niszczyć część własnej ludności” – komentuje korespondentka w Teheranie.
Jak dodaje, obecny konflikt po obu stronach ma charakter walki o przetrwanie. Protestujący liczą na pęknięcia w strukturach władzy, natomiast reżim stosuje brutalne zastraszanie i obawia się eskalacji napięć w relacjach z Zachodem, a zwłaszcza możliwej reakcji USA.
„Irańskie władze stoją przed coraz większym dylematem. Brak zdecydowanej reakcji grozi dalszym osłabieniem reżimu, ale brutalne tłumienie protestów może wywołać międzynarodowe konsekwencje” – podsumowuje dziennikarka.
Protesty w Iranie
W Iranie od 28 grudnia utrzymują się masowe protesty, które pierwotnie zostały wywołane przez problemy gospodarcze w kraju, ale z czasem przerodziły się w największe od kilku lat antyrządowe wystąpienia, brutalnie tłumione przez siły bezpieczeństwa.
Nie jest znana liczba zabitych protestujących. Aktywiści organizacji HRANA, działającej z USA, ale opierającej się na informacjach od sieci aktywistów w Iranie, poinformowali w środę, że potwierdzili zgony 2571 osób, w tym 2403 uczestników protestów i 147 członków sił bezpieczeństwa. Według innych źródeł ofiar śmiertelnych może być nawet kilkanaście tysięcy.
Z Berlina Iwona Weidmann (PAP)
ipa/ akl/ know/