Psycholog: mistrzostwo zaczyna się wtedy, gdy sportowiec potrafi wrzucić na luz [WYWIAD]
Coraz więcej młodych sportowców trafia do psychologów z problemami ze stresem, regeneracją i presją wyniku. Tymczasem o zwycięstwie na najwyższym poziomie nie decydują mięśnie, ale głowa – powiedział PAP psycholog sportu Dariusz Nowicki. Dodał, że „mistrzostwo zaczyna się wtedy, gdy sportowiec potrafi wrzucić na luz”.
Dariusz Nowicki należy do najbardziej doświadczonych psychologów sportu w Polsce. Od ponad czterech dekad przygotowuje mentalnie olimpijczyków, mistrzów świata i Europy. Pracował m.in. z bokserami Krzysztofem „Diablo” Włodarczykiem, Albertem Sosnowskim, Arturem Szpilką, czy lekkoatletami Marcinem Lewandowskim, Lidią Chojecką i Pawłem Korzeniowskim. Od kilku lat wspiera też Anastazję Kuś – jeden z największych młodych talentów w lekkiej atletyce. Współpracował także z Legią Warszawa, Asseco Resovią Rzeszów oraz AZS Olsztyn.
PAP: Przez ponad 40 lat obserwował pan sportowców na wszystkich poziomach rywalizacji. Czym właściwie zajmuje się psycholog sportu?
Dariusz Nowicki: Przede wszystkim pomaga stworzyć warunki do tego, żeby zawodnik i trener mogli uwolnić swój potencjał. Wbrew obiegowej opinii nie pracujemy wyłącznie ze sportowcami. Trenerzy są z nimi codziennie, psycholog niekoniecznie. Dlatego żeby praca psychologa była skuteczna, zawsze musi obejmować obie strony.
Przez lata zmieniło się także podejście do naszej roli. Kiedy zaczynałem, psycholog był często traktowany jak specjalista od gaszenia pożarów. Dzisiaj coraz częściej staje się pełnoprawnym członkiem sztabu szkoleniowego i towarzyszy zawodnikom także podczas najważniejszych zawodów.
PAP: Czyli psycholog nie powinien pojawiać się dopiero wtedy, gdy zaczyna się kryzys?
D.N.: Dokładnie. Trening mentalny jest treningiem w takim samym sensie jak przygotowanie fizyczne. Najpierw uczymy zawodnika określonych technik w bezpiecznych warunkach gabinetu. Potem ćwiczymy je podczas treningów. Dopiero kiedy zostaną zautomatyzowane, można liczyć, że zadziałają pod presją zawodów.
Często spotykam zawodników, którzy wracają rozczarowani i mówią: „przecież nauczył mnie pan techniki oddechowej, a na zawodach nie zadziałała”. Odpowiadam wtedy: „bo jej nie wytrenowałeś”. Wiedzieć to za mało. Trzeba jeszcze umieć zastosować tę wiedzę wtedy, gdy organizm jest zalany hormonami stresu.
PAP: Jakich narzędzi używacie najczęściej?
D.N.: Bardzo dużo pracujemy na wizualizacji i treningu wyobrażeniowym. Budujemy na przykład tak zwane plany naprawcze. Jeśli zawodnik ma problem z konkretną sytuacją startową, tworzymy scenariusz, który pozwala mu poradzić sobie z nią następnym razem. To nie jest magia. Dzięki aktywności neuronów lustrzanych mózg koduje strategie działania. Kiedy później pojawia się podobna sytuacja, łatwiej sięgnąć po wcześniej przećwiczone rozwiązanie.
PAP: W którym momencie kariery psycholog może pomóc najbardziej?
D.N.: To zależy od zawodnika. Nawet osoby bardzo odporne psychicznie mogą skorzystać ze wsparcia choćby w zakresie regeneracji czy poprawy jakości snu. A sen przed ważnymi zawodami jest jednym z najczęściej zgłaszanych problemów.
Jednocześnie uważam, że najważniejsza praca powinna zaczynać się bardzo wcześnie. Trenerzy dzieci i młodzieży nie muszą być psychologami, ale powinni znać podstawowe ćwiczenia psychologiczne i umieć wplatać je w trening.
PAP: Żeby później nie mówić: „tak dobrze się zapowiadał i co się z nim stało?”
D.N.: Dokładnie. Tyle że problem nie zawsze tkwi w psychice młodego zawodnika. Często winny jest system. Na poziomie dzieci i młodzieży bardzo szybko pojawia się punktacja, a za punktacją idą pieniądze. Trenerzy zaczynają więc specjalizować dzieci zbyt wcześnie, bo wtedy łatwiej wygrywają zawody. Tylko że taka strategia często kończy się wypaleniem. Sześcioletnie dziecko przychodzi na trening z entuzjazmem, a dziesięć lat później rezygnuje ze sportu. Mówiąc brutalnie: żyłujemy dzieciaki i to jest gangrena systemu.
PAP: Jakie problemy psychiczne najczęściej mają sportowcy?
D.N.: Paradoksalnie - głównie problemy ze stresem. Mówimy przecież, że ruch jest najlepszym lekarstwem na stres, a skoro tak, to dlaczego sportowcy cierpią na wypalenie, depresję czy stany lękowe? Odpowiedź jest prosta: sport działa terapeutycznie do momentu, kiedy nie pojawia się presja wyniku. Gdy pojawiają się oczekiwania, trening sam staje się stresorem.
Dlatego zawodnicy najczęściej zgłaszają problemy z regeneracją, mobilizacją, snem albo z tym, że świetnie funkcjonują na treningach, a nie potrafią uruchomić tego samego potencjału podczas zawodów.
PAP: Coraz częściej mówi się o tym w kontekście Igi Świątek.
D.N.: Po igrzyskach olimpijskich mówiłem, że widzę symptomy zbliżającego się kryzysu. Brązowy medal olimpijski jest ogromnym sukcesem, ale wielu kibiców traktuje wszystko poza złotem jak porażkę. Bardzo cieszy mnie to, że sztab Igi zaczął ograniczać jej liczbę startów. Zawodnicy potrzebują czasu na regenerację, spokojny trening i odbudowę zasobów psychicznych.
Poza tym współczesny sportowiec nie walczy już wyłącznie z rywalem, czasem i własnymi ograniczeniami. Musi również radzić sobie z permanentną oceną. Każdy start jest natychmiast komentowany, analizowany i oceniany w mediach społecznościowych. To zupełnie nowe obciążenie psychiczne, którego nie doświadczały wcześniejsze pokolenia sportowców.
Eksploatujemy sportowców coraz mocniej. Szczególnie niebezpieczne jest to u dzieci i młodzieży, których układ nerwowy dopiero się rozwija. Nadmierna ekspozycja na stres, a więc kortyzol może mieć konsekwencje, których jeszcze do końca nie rozumiemy.
PAP: Skutki mogą być poważniejsze, niż tylko wypalenie?
D.N.: W wielu dyscyplinach dzieci i nastolatki startują dziś znacznie częściej niż jeszcze kilkanaście lat temu. Każdy start oznacza nie tylko wysiłek fizyczny, ale również silną reakcję stresową organizmu. W krótkim okresie hormony stresu pomagają: mobilizują, zwiększają koncentrację, przygotowują organizm do wysiłku. Problem pojawia się wtedy, gdy młody człowiek jest narażony na taki stan przez wiele lat. Szczególnie dotyczy to kortyzolu, który w nadmiarze negatywnie wpływa na funkcjonowanie mózgu, zwłaszcza struktur odpowiedzialnych za pamięć i uczenie się. Dziś pojawiają się już hipotezy badawcze sugerujące, że przewlekła ekspozycja na silny stres w dzieciństwie może zwiększać ryzyko wystąpienia chorób neurodegeneracyjnych w późniejszym wieku, w tym choroby Alzheimera. To na razie obszar intensywnych badań, ale sam fakt, że naukowcy stawiają takie pytania, powinien skłaniać nas do ostrożności w eksploatowaniu młodych sportowców.
PAP: W sportach indywidualnych odnosimy sukcesy. W piłce nożnej od lat jest znacznie trudniej. Gdzie tkwi błąd?
D.N.: Jeśli już szukać błędów, to przede wszystkim w szkoleniu i eksploatacji młodych zawodników. Widzę jednak postęp. Szkolenie trenerów piłkarskich jest dziś znacznie lepsze niż jeszcze kilkanaście lat temu i myślę, że zaowocuje to w kolejnej dekadzie. Problemem pozostaje natomiast ogromna liczba meczów rozgrywanych przez dzieci i młodzież. To prowadzi do przeciążenia, które później odbija się na karierach seniorskich.
Mam też jeszcze jedną obserwację: w wielu klubach zamiast psychologów sportowych zatrudnia się coachów mentalnych.
PAP: Dlaczego?
D.N.: To pytanie raczej do klubów. Psycholog sportu przechodzi pięć lat studiów, później wieloletnią praktykę, superwizję i proces certyfikacji. To często osiem czy dziesięć lat przygotowań. Coach po weekendowym kursie nie ma takiego przygotowania. Dlaczego więc jest zatrudniany? Powiem przewrotnie: tak długo, jak kolejki do wróżek będą dłuższe niż do psychologów, będzie istniał na to rynek.
PAP: Czy psycholog może zaszkodzić sportowcowi?
D.N.: Oczywiście. Największym zagrożeniem jest uzależnienie zawodnika od psychologa. Zdarzyło mi się usłyszeć: „nie pojadę na mistrzostwa świata, jeśli nie pojedzie psycholog”. To autentyczna wypowiedź. Tymczasem psycholog powinien wzmacniać samodzielność sportowca, a nie budować relację zależności.
Drugim problemem jest brak doświadczenia sportowego. Jeśli ktoś nigdy nie przeżył wyczerpującego zgrupowania, nie startował pod presją i nie zna specyfiki dyscypliny, może zwyczajnie nie rozumieć sytuacji zawodnika.
PAP: Jak dobrze trzeba znać dany sport, pracując z jego zawodnikami?
D.N.: Bardzo dobrze, inaczej psycholog nie będzie w stanie nic zrobić. Nie tylko jego zasady, ale wszystko, co mu towarzyszy. Dam przykład: sportowcy posługują się własnym językiem. Niedawno pracowałem z wioślarzami morskimi. Wie pani, co znaczy „złapać raka”?
PAP: Nie mam pojęcia.
D.N.: Zanurzyć wiosło tak głęboko, że traci się rytm i łódź przestaje płynąć. A „zrobić motyla”? To wyjąć oba wiosła z wody tak, że ruch nie daje żadnego efektu. Jeżeli psycholog nie zna takiego języka, trudno mu budować skuteczne wizualizacje czy trening wyobrażeniowy. A źle zakodowany ruch może zostać w pamięci zawodnika na bardzo długo.
PAP: Czy zgodziłby się pan ze stwierdzeniem, że media społecznościowe stały się jednym z największych obciążeń psychicznych dla sportowców?
D.N.: Zdecydowanie zwiększyły poziom presji, zwłaszcza u młodych zawodników. Kiedyś sportowiec po nieudanym starcie wracał do domu, rozmawiał z trenerem, rodziną i najbliższym otoczeniem. Dziś kilka minut po zawodach bierze do ręki telefon i czyta setki komentarzy od ludzi, którzy nie mają pojęcia o sporcie, ale bardzo chętnie wydają wyroki. Młody człowiek znajduje się więc pod nieustanną oceną. Liczba polubień, komentarzy czy obserwujących zaczyna być traktowana jak miernik własnej wartości. To szczególnie niebezpieczne w wieku, kiedy dopiero kształtuje się poczucie tożsamości i pewność siebie.
Od lat obserwujemy również wpływ smartfonów i mediów społecznościowych na rozwój układu nerwowego. Współczesne dzieci funkcjonują w świecie natychmiastowej gratyfikacji. Wszystko dzieje się szybko, natychmiast i bez wysiłku. Tymczasem sport uczy czegoś dokładnie odwrotnego: cierpliwości, systematyczności, radzenia sobie z porażkami i odraczania nagrody. Dlatego coraz częściej spotykamy młodych zawodników, którzy świetnie funkcjonują do momentu pierwszego poważnego kryzysu.
Nie bez przyczyny funkcjonuje dziś określenie „pokolenie płatków śniegu”. Brzmi brutalnie, ale dobrze oddaje problem. Coraz więcej młodych ludzi topnieje w kontakcie z pierwszą naprawdę gorącą sytuacją. Co gorsza, media społecznościowe nie tylko pokazują sukces innych, ale także tworzą złudzenie, że sukces powinien przychodzić szybko. Tymczasem sport na najwyższym poziomie jest procesem liczonym w latach, a nie w liczbie wyświetleń pod filmikiem.
PAP: Czy według pana jest coś, czego polscy trenerzy wciąż nie są w stanie zrozumieć, jeśli chodzi o przygotowanie mentalne zawodników?
D.N.: Muszą nauczyć się pozytywnej komunikacji. Wciąż łatwiej przychodzi im wytykanie błędów niż budowanie rozwiązań. A procesy pamięci działają tak, że ciągłe przypominanie błędu, bez dawania drogi do tego, jak go uniknąć, tylko utrwala niepożądane zachowania. Jeżeli zawodnik słyszy bez przerwy: tu zrobiłeś źle, tam zrobiłeś źle, to nie dostaje instrukcji naprawczej, tylko kolejne wzmocnienie błędu.
Kraje zachodnie są pod tym względem znacznie dalej od nas. I moim zdaniem właśnie tutaj znajduje się jedna z ważniejszych rezerw polskiego sportu.
PAP: Czyli pozostaje nam praca nad psyche. A gdyby pan miał wskazać jedną cechę, tylko jedną cechę psychiczną, bez której nie da się zostać mistrzem, to co by to było?
D.N.: Umiejętność wrzucenia na luz. Rozumiem przez to zdolność obniżenia napięcia przed startem, wejścia w stan regeneracji, wykorzystania nawet krótkiej przerwy do uspokojenia ciała i układu nerwowego. Mistrzowie potrafią odpoczywać równie dobrze, jak potrafią walczyć.
PAP: To może dlatego nasi dawni piłkarze, którzy „kurzyli cygarety i pili gorzałkę”, byli mistrzami?
D.N.: Kto wie? Może rzeczywiście byli ekspertami od wrzucania na luz. Ale pamiętajmy też, że trenerzy tamtych czasów korzystali z pomocy psychologów. Nawet legendarny Feliks „Papa” Stamm przez lata współpracował z psychologiem prof. Janem Wlazło z AWF we Wrocławiu. Razem budowali psychikę pięściarzy, którzy później zdominowali światowy boks.
Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)
mir/ kcz/ ał/