O PAP.pl

PAP.pl to portal PAP - największej agencji informacyjnej w Polsce, która zbiera, opracowuje i przekazuje obiektywne i wszechstronne informacje z kraju i zagranicy. W portalu użytkownik może przeczytać wybór najważniejszych depesz, wzbogaconych o zdjęcia i wideo.

Rebecca Zlotowski: „Ostatnia sesja w Paryżu” jest jak rozmowa dwóch przyjaciółek [WYWIAD]

„Ostatnia sesja w Paryżu” jest jak rozmowa dwóch przyjaciółek – nudnej, racjonalnej, takiej jak ja, i ekscytującej, szalonej kobiety analizującej swoje poprzednie życia – mówi PAP Rebecca Zlotowski. Jej film z Jodie Foster i Virginie Efirą w obsadzie trafił w piątek do polskich kin.

Od lewej: Jodie Foster, Rebecca Zlotowski i Virginie Efira
Od lewej: Jodie Foster, Rebecca Zlotowski i Virginie Efira

Fabuła – balansująca między dramatem psychologicznym, thrillerem i historią miłosną – śledzi losy uznanej psychiatrki Lilian (w tej roli Jodie Foster) prowadzącej praktykę w Paryżu. Pewnego dnia otrzymuje ona zaskakującą wiadomość o samobójstwie swojej pacjentki Pauli (Virginie Efira). Podczas rozmowy z córką zmarłej Valerie (Luàna Bajrami) Lilian nabiera podejrzeń, że kobieta padła ofiarą przestępstwa. Przypuszczenia te umacnia emocjonalna reakcja wdowca (Mathieu Amalric), który obarcza psychiatrkę odpowiedzialnością za śmierć żony, ponieważ przepisała jej antydepresanty. Zaniepokojona lekarka postanawia przeprowadzić własne śledztwo, wtajemniczając w sprawę swojego byłego męża Gabriela (Daniel Auteuil). Musi przejrzeć nagrania z sesji terapeutycznych, jednak pewnej nocy ktoś wkrada się do jej gabinetu i kradnie taśmy.

 

PAP: Zanim przejdziemy do filmu, chciałam zapytać cię o rodzinę. Czy rzeczywiście – jak wskazywałoby nazwisko – w twoich żyłach krąży polska krew?

Rebecca Zlotowski: Tak, mam polskie korzenie. Mój tata urodził się w 1947 r. w Gdańsku i mówi po polsku. Jego bliscy zginęli w trakcie wojny. Ciekawe, że poruszyłaś ten wątek. Dla mnie ta część mojej tożsamości wciąż pozostaje znakiem zapytania. Zeszłego lata po raz pierwszy odwiedziłam Polskę. Było jak w filmie „Prawdziwy ból” Jessego Eisenberga. Kiedy przyjechałam, miałam wrażenie, że tutejsze światło jest dziwnie znajome. Polska to ojczyzna filmowców, których twórczość od dawna mnie inspiruje – Jerzego Skolimowskiego, Krzysztofa Kieślowskiego, Andrzeja Wajdy. Z tej trójki najbliższy jest mi Kieślowski. Tutaj urodził się też Paweł Pawlikowski, kolejny niesamowity reżyser. Wciąż mam w pamięci „Pociąg” Jerzego Kawalerowicza. Gdy pracowałam nad estetyką moich obrazów, przemyciłam do moodboardów kilka kadrów z tego filmu. Wiem, to długa i nieoczywista odpowiedź. Jednak mam poczucie, że wciąż odkrywam swoją tożsamość.

PAP: Podkreślasz, że twój debiutancki obraz „Piękny kolec” i niedawny „Other People’s Children” stanowią klamrę dotychczasowej twórczości. Wraz z „Ostatnią sesją w Paryżu” rozpoczynasz nowy rozdział. Jakie motywy lub tematy najbardziej interesują cię na tym etapie?

R.Z.: Chciałabym, by był to początek nowego cyklu. Może to po prostu druga strona medalu, na awersie którego było „Planetarium”? Tamten film był pełen niepokoju, lęku. Tymczasem w „Ostatniej sesji w Paryżu” mamy sporo lekkości, radości i humoru. Nawet jeśli mówimy o czarnym humorze, wciąż jest to o wiele zabawniejsza fabuła niż „Planetarium”. Uważam, że jako filmowcy starzejemy się ze swoimi filmami i bohaterami. Teraz mam więc mniej więcej 72 lata… Żartuję, nie jestem jeszcze babcią. Chociaż ostatnio macierzyństwo stało się tematem przewodnim mojego kina - ale to przeciwieństwo lukrowanego macierzyństwa. Lilian jest nieuważną terapeutką i niedostępną emocjonalnie matką. Nie chce nawet wziąć na ręce wnuka. Z kolei Paula popełnia samobójstwo, gdy jej córka jest w ósmym miesiącu ciąży. Śledząc tę historię, zastanawiasz się, o co chodzi.

PAP: „Other People’s Children” miało osobisty punkt wyjścia. Opowiedziałaś o bezdzietnej kobiecie, która nie może zajść w ciążę, ponieważ sama byłaś w podobnej sytuacji. Lubisz historie i postacie, z którymi możesz się zidentyfikować. A jak było tym razem?

R.Z.: Jeśli filmowi udaje się trafić do widzów, to dlatego, że nie ma w nim miejsca na stereotypy, utarte przekonania czy konwencjonalne reakcje postaci. Właśnie za to go kochamy. W „Other People’s Children” po raz pierwszy oparłam się na własnych doświadczeniach. To była moja piąta pełnometrażowa fabuła, więc trochę trwało, zanim sobie na to pozwoliłam. Cieszyłam się, że się przełamałam. Ale oglądając film, czułam dreszcze. Wszystko było tak dosłowne. Powiedziałam mojemu partnerowi, że to czyste szaleństwo... Uważam, że czasami warto zrobić krok w stronę innych. Więź, jaką odczuwam z Lilian, wynika z jej skłonności do kwestionowania własnych umiejętności. Ona obawia się, że jest słabą słuchaczką, a przez to – psychiatrką. W końcu przechodzi transformację, staje się uważniejsza na swoich pacjentów i ponownie odkrywa sens swojej profesji. Mam poczucie, że wciąż niewiele mówi się o kryzysach w pracy zawodowej.

Więcej

Kasia Adamik. Fot. PAP/Marcin Obara
Kasia Adamik. Fot. PAP/Marcin Obara

Kasia Adamik: w filmie „Zima pod znakiem Wrony” chciałam pokazać surrealizm stanu wojennego

PAP: Do „Ostatniej sesji w Paryżu” wplotłaś wątek hipnozy. Do bólu racjonalna Lilian podchodzi do tej metody z rezerwą, ale okazuje się, że ułatwia jej ona dotrzeć do sedna problemu. Sama też próbowałaś hipnozy?

R.Z.: Tak, ale okazała się rozczarowującym doświadczeniem, nie chciałabym go powtórzyć. Natomiast odczuwam silną więź z postaciami zawieszonymi między racjonalnością i metafizyką. Bohaterkami skłonnymi sobie wyobrazić, że istnieje inny, odwrócony, odległy świat. I że jest on lepszym miejscem, pełnym duchów bliskich osób. Współscenarzystka filmu Anne Berest – prywatnie moja najlepsza przyjaciółka – jest bardzo wkręcona w ten temat. Ilekroć opowiada o swoich poprzednich wcieleniach, reaguję słowami: no wiesz… To różnice sprawiają, że jesteśmy sobie tak bliskie. „Ostatnia sesja w Paryżu” jest jak rozmowa dwóch przyjaciółek – nudnej, racjonalnej, takiej jak ja, i ekscytującej, szalonej kobiety analizującej swoje poprzednie życia.

PAP: A więc to Anne namówiła cię na sesję?

R.Z.: Zdecydowałam się na nią, gdy uświadomiłam sobie, że niemal każdy filmowiec inspiruje się tym, co już powstało. Punkt odniesienia stanowią dzieła innych twórców. Miałam dość. Chciałam zrobić coś nowego, stworzyć obraz, który będzie tylko mój. To samodyscyplina zaprowadziła mnie do gabinetu hipnoterapii. Dzięki tej wizycie powstała „Ostatnia sesja w Paryżu” i otworzyłam się na nowe doświadczenia.

Pamiętam, że moja sesja odbyła się w upalny dzięń. Hipnoterapeutka specjalizowała się w poprzednich wcieleniach, miała szkliste spojrzenie, rozmawiałyśmy wiele godzin. Pod koniec byłam już tak zmęczona i rozgrzana, że zaczęłam coś czuć. Najwyraźniej zadziałała siła sugestii. Nikomu o tym nie mówiłam, ale to było odczucie zbliżone do orgazmu, który znika, gdy tylko uświadomisz sobie, że szczytujesz.

PAP: W przeszłości Jodie Foster zagrała w kilku francuskich filmach, ale chciała zagrać ambitniejszą rolę w tym języku. Ty od dawna podziwiałaś jej talent i poczucie humoru, marzyłaś o spotkaniu z nią. Wasza współpraca wydaje się sytuacją win-win. Jak do niej doszło?

R.Z.: Wysłałam wiadomość do jej agenta. Jodie przeczytała scenariusz. Spotkałyśmy się. Zgodziła się zagrać w moim filmie. Tak po prostu. Myślę, że sprawy potoczyły się w ten sposób z wielu względów. To, dlaczego chciałam z pracować właśnie z nią, jest oczywiste. Z kolei powód, dla którego Jodie przyjęła moją propozycję, mówi wiele o klimacie panującym w Stanach Zjednoczonych. Zaznaczę, że to tylko moje domniemania. Ona sama nigdy nie ujęłaby tego w ten sposób.

Może miała poczucie, że amerykańskie kino nie oferuje jej ról, jakich pragnie? Może uznała, że nadszedł czas, by spróbować czegoś nowego? Skończyła 60 lat i nie musi nikomu niczego udowadniać. Po prostu chciała wystąpić we francuskim filmie. Nie interesowało jej bycie koproducentką ani przepisywanie scenariusza - liczyło się aktorskie doświadczenie, czas spędzany z ekipą, wspólne lunche w stołówce.

Więcej

Anna Roller. Fot. Anna Roller/Instagram
Anna Roller. Fot. Anna Roller/Instagram

76. Berlinale. Anna Roller: „Allegro Pastell” to rzecz o dwojgu tęskniących za sobą ludziach

PAP: W jednym z wywiadów Jodie wspomniała, że współpraca z reżyserkami jest ciekawsza, pozbawiona relacji władzy i podległości, a role napisane przez kobiety – bardziej złożone niż te autorstwa mężczyzn. Sądzisz, że faktycznie coś w tym jest?

R.Z.: Jako scenarzystki, reżyserki, artystki jesteśmy ekspertkami od zmaskulinizowanych sposobów opisów rzeczywistości. Znamy je niemal na pamięć, ponieważ blisko 95 proc. książek, które czytałyśmy, i taki sam odsetek filmów, które oglądałyśmy, to twórczość mężczyzn. A zarazem specjalizujemy się w kobiecej perspektywie, co czyni nasze prace bardziej zniuansowanymi, kompletnymi. Oczywiście, generalizuję, nie dotyczy to każdej z nas i ja sama nie należę do tej grupy. Ale na pewno dzięki współpracy z Jodie, Virginie czy Léą Seydoux czułam, że mogę być częścią czegoś większego.

PAP: Kobiety grają główne role w twoim kinie. Razem z Justine Triet, Céline Sciammą i innymi tworzycie pokolenie wspaniałych, utalentowanych reżyserek. Wierzysz w zjednoczoną społeczność francuskich filmowczyń?

R.Z.: Świat nie jest łaskawy dla kobiet. Na szczęście Francja wciąż pozostaje miejscem sprzyjającym filmowcom niezależnie od płci. System rozdzielania środków opiera się na sprawiedliwych zasadach. To powoduje, że kręcenie filmów nie jest tak ryzykowne jak w innych krajach. Reżyserki takie jak Justine Triet czy Céline Sciamma udowadniają, że jeśli zapewni się kobietom odpowiednie możliwości, odnoszą spektakularne sukcesy.

Dawniej nie pozwalano nam grać w kasynie, a kiedy już zaczęłyśmy, okazało się, że możemy wygrywać. Zawsze będę wdzięczna francuskim filmowczyniom za solidarność naszej społeczności. Z Justine i Céline wiele mnie łączy. Przyjaźnimy się, mieszkamy w tym samym mieście, wywodzimy się z podobnych środowisk. Tworzymy silne pokolenie. Praca z nami może być ciekawym doświadczeniem dla amerykańskich aktorek.

PAP: Wspomniałaś o Jodie, Virginii i Lei, ale obsadzałaś też w swoich filmach choćby Lily-Rose Depp i Natalie Portman. Zawsze marzyło ci się tworzenie kina ponad granicami geograficznymi?

R.Z.: Nie miałam takich zamiarów, ale to się dzieje. Myślę o sobie w pierwszej kolejności jako o kinomance, dopiero później – filmowczyni. Fascynują mnie aktorki, chcę je zobaczyć, porozmawiać z nimi, wyglądać jak one. Jestem jedną z tych widzek, które po wyjściu z kina szukają ubrań podobnych do tych, które miały bohaterki filmu. Teraz mam możliwość spotkania się z tymi kobietami, zaproponowania ról, które są dla mnie ważne. Nie mogłabym zmarnować tej szansy. Uwielbiam realizować międzynarodowe koprodukcje. Uważam, że im bardziej różnorodna jest ekipa, tym lepiej, ciekawiej. Ale niewątpliwie pracując z Jodie, osiągnęłam szczyt marzeń. Powtarzałam: zrobiłam to, naprawdę to zrobiłam. Być może więc do kolejnego filmu zaangażuję wyłącznie nowe twarze. Zresztą zrobiłam to już w serialu „Glam Squad”, który przygotowuję dla dużej platformy streamingowej. Niedawno zakończyliśmy zdjęcia. Praca z młodymi, nieznanymi aktorami była superciekawym doświadczeniem.

Rozmawiała Daria Porycka

Rebecca Zlotowski (ur. 1980 r.) jest francuską reżyserką i scenarzystką. Zadebiutowała w 2010 r. filmem „Piękny kolec”, w którym wystąpili Léa Seydoux, Anaïs Demoustier i Johan Libéreau. Jej kolejny film, „Grand Central”, pokazano w 2013 r. w konkursie Un Certain Regard festiwalu w Cannes. W 2016 r. podczas festiwalu w Wenecji zaprezentowała pozakonkursowo „Planetarium” z Natalie Portman, Lily-Rose Depp i Louisem Garrelem w obsadzie. W kolejnych latach zrealizowała „Gorące lato z Sofią” i „Other People’s Children”.

Jej najnowszy film, „Ostatnia sesja w Paryżu”, którego światowa premiera odbyła się podczas ubiegłorocznego festiwalu w Cannes, od piątku można oglądać w polskich kinach. Dystrybutorem obrazu jest Best Film. (PAP)

dap/ miś/ grg/

Zobacz także

  • Kadr z filmu "Król dopalaczy". Fot. Łukasz Dziedzic/materiały prasowe
    Kadr z filmu "Król dopalaczy". Fot. Łukasz Dziedzic/materiały prasowe
    Specjalnie dla PAP

    Vanessa Aleksander o „Królu dopalaczy”: ten film to przestroga [WIDEO]

  • Val Kilmer. Fot. EPA/WARREN TODA
    Val Kilmer. Fot. EPA/WARREN TODA

    Val Kilmer „zagrał” pośmiertnie w nowym filmie. „Właśnie tego by chciał”

  • Zbigniew Ziobro. Fot. PAP/Art Service
    Zbigniew Ziobro. Fot. PAP/Art Service

    Sąd wydał wyrok, Ziobro musi przeprosić Holland za wypowiedzi o „Zielonej Granicy”

  • Jack Piatt, Sam A. Davis, Natalie Musteata i Alexandre Singh Fot. PAP/EPA/JILL CONNELLY
    Jack Piatt, Sam A. Davis, Natalie Musteata i Alexandre Singh Fot. PAP/EPA/JILL CONNELLY

    Przyznano dwa Oscary w jednej kategorii. To siódmy taki przypadek w historii

Serwisy ogólnodostępne PAP