Wśród rannych w pożarze w kurorcie Crans-Montana jest Polak
Zidentyfikowano 113 ze 119 osób rannych w pożarze w szwajcarskim kurorcie Crans-Montana, wśród nich jest jeden obywatel Polski - poinformował w piątek komendant policji kantonu Valais Frederic Gisler na konferencji prasowej władz i służb szwajcarskich.
Wśród 113 zidentyfikowanych jest 71 obywateli Szwajcarii, 14 Francuzów, 11 Włochów, czterech Serbów, Bośniak, Polak, Portugalczyk, Belg i Luksemburczyk - przekazał Gisler.
Informację o rannym Polaku potwierdził rzecznik MSZ. Maciej Wewiór powiedział, że ranna osoba to mężczyzna, który jest hospitalizowany w Szwajcarii i znajduje się pod opieką rodziny. – Jeśli będzie konieczność jakiegokolwiek wsparcia ze strony naszej placówki, oczywiście jesteśmy gotowi do pełnej pomocy konsularnej – zadeklarował rzecznik resortu.
Na konferencji prasowej w mieście Sion, w pobliżu Crans-Montany, szef władz kantonu Valais Mathias Reynard zapowiedział, że ok. 50 osób rannych będzie leczonych poza granicami Szwajcarii. Wcześniej w piątek premier Donald Tusk poinformował, że Polska jest gotowa do udzielenia specjalistycznej opieki medycznej poszkodowanym w pożarze, a rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka powiedziała, że zaoferowano m.in. miejsca w Centrum Leczenia Oparzeń w Siemianowicach Śląskich.
Śledztwo w sprawie pożaru i relacje świadków
Najnowsze informacje przekazała też prowadząca śledztwo w sprawie pożaru w barze La Constellation prokuratorka kantonalna Beatrice Pilloud. - Rozważane są wszystkie możliwości, żadna nie jest pomijana. Wszystko wskazuje jednak na to, że pożar wybuchł od ogni bengalskich, przymocowanych do butelek z szampanem i trzymanych zbyt blisko sufitu. Od tego momentu wszystko zaczęło się palić, nastąpił bardzo gwałtowny i rozległy pożar - powiedziała.
Jeden ze świadków zdarzenia, Włoch polskiego pochodzenia, w rozmowie z PAP opisywał okoliczności tragedii. - Kiedy tam dotarliśmy, zobaczyliśmy ogień, makabryczne sceny. Widziałem i słyszałem, jak młode dziewczyny wzywały pomocy. Zaraz potem przyjechała straż pożarna i pogotowie. To, co zobaczyłem, to było coś strasznego. Ludzie leżeli na ziemi, potwornie poparzeni, bez kawałków skóry - relacjonował. Jak dodał, „niektórzy byli w tak strasznym stanie, że nie można było ich rozpoznać”.
Grupa młodych Włochów powiedziała PAP, że warunki w barze w Crans-Montanie, w którym doszło do pożaru, wywołały ich zaniepokojenie i dlatego po wizycie przed sylwestrem postanowili tam nie wracać na powitanie nowego roku. Jak podkreślili, w sali, gdzie byli, sufit był niski, a schody - wąskie.
Inny z naocznych świadków powiedział BBC, że był w pobliżu baru La Constellation, gdy usłyszał głośną eksplozję, po której pojawiło się dużo dymu. Chociaż inni ludzie uciekali, on wszedł do środka, bo chciał znaleźć swojego brata. - Zobaczyłem płonących ludzi. Palili się od stop do głów. Nie było już na nich ubrań. To było szokujące – relacjonował. Okazało się, że jego bratu nic się nie stało.
O ogromnej nieostrożności w czasie tragicznej imprezy mogą świadczyć też zdjęcia przedstawiające butelki szampana z przymocowanymi do nich płonącymi ogniami bengalskimi, opublikowane przez portal BBC. Na pierwszym zdjęciu widać kilka osób trzymających w górze butelki szampana z przytwierdzonymi płonącymi ogniami bengalskimi oraz coś, co wygląda na płomienie na suficie. Na drugim zdjęciu widać osobę w czarnej sukience bez rękawów i w kasku ochronnym na głowie, która siedzi na ramionach innej osoby w masce. Obie osoby trzymają uniesione do góry butelki szampana z płonącymi ogniami bengalskimi.
Jako jedna z pierwszych zidentyfikowanych ofiar śmiertelnych pożaru wymieniany był przez niektóre media 17-letni włoski golfista Emanuele Galeppini. Włoska Federacja Golfa w komunikacie o śmierci Galeppiniego napisała, że był on „młodym sportowcem pełnym pasji i wiary w prawdziwe wartości”, nie podała jednak, że zginął w Szwajcarii. Według agencji AP mieszkał on w Dubaju.
W kurorcie panuje w piątek szok i żałoba. W miejscowości ogłoszono stan wyjątkowy, by ułatwić pracę wszystkich służb ratunkowych. Osoby, które chcą oddać hołd ofiarom, podchodzą możliwie najbliżej rejonu tragedii. Niektórzy zostawiają kwiaty, inni stoją w milczeniu. Słychać płacz. Przyjeżdżają też zrozpaczeni członkowie rodzin osób, które zginęły w pożarze.
Po tragicznym pożarze niemiecka prasa pisze o „łzach i niedowierzaniu” oraz o „sylwestrowej imprezie, która w kilka minut przemieniła się w piekło”. „Der Spiegel” pisze, że pożar zaczął się od odpalonych wewnątrz baru sztucznych ogni - zapewne rozprzestrzenił się od butelki z szampanem z doczepionym sztucznym ogniem, iskry trafiły w niski, obity drewnem sufit i „w połączeniu z zaniedbaniami w zakresie ochrony przeciwpożarowej doprowadziły do tragedii”.
„Jest szloch i rozpacz. Ojcowie obejmują ramieniem swoich synów. Nastolatki przytulają się, gdy spotykają znajomych. Ludzie trzymają się za ręce” - napisał „Frankfurter Allgemeine Zeitung”.
Pomoc medyczną Szwajcarii oferują kolejne kraje. Przedstawiciele kantonu Valais poinformowali, że intensywnie współpracują ze szpitalami z sąsiednich Włoch i Francji, a także z Belgii, Luksemburga, Niemiec, Polski i Chorwacji, które zaoferowały pomoc i specjalne łóżka dla pacjentów z oparzeniami. (PAP)
zm/ kar/ ał/