76. Berlinale. „Everybody Digs Bill Evans” – portret introwertycznego geniusza jazzowej pianistyki
Grant Gee w swoim pełnometrażowym debiucie fabularnym „Everybody Digs Bill Evans” stworzył portret introwertycznego geniusza jazzowej pianistyki pogrążonego w żałobie po śmierci przyjaciela, kontrabasisty Scotta LaFaro. Film zaprezentowano w piątek w konkursie głównym 76. Berlinale.
Gee – twórca dokumentów „Joy Division” i ukazującego trasę koncertową zespołu Radiohead „Meeting People is Easy”, a także wideoklipów do utworów m.in. „Nature Boy” Nicka Cave’a & The Bad Seeds, „No Surprises” Radiohead i „Shiver” Coldplay – tym razem porzucił rock na rzecz jazzu. Jednak fabuła „Everybody Digs Bill Evans” rozpoczyna się niczym teledysk. Jest koniec czerwca 1961 r. Bill Evans (w tej roli Anders Danielsen Lie) osiągnął już status jednego z wiodących muzyków sceny jazzowej. W nowojorskim klubie Village Vanguard założone przez niego z kontrabasistą Scottem LaFaro i perkusistą Paulem Motianem trio gra „Jade Visions” z albumu koncertowego „Sunday at the Village Vanguard”, który w przyszłości zostanie zaliczony do najlepszych płyt jazzowych wszechczasów.
Początek lipca przynosi informację o tragicznej śmierci LaFaro w wypadku samochodowym. Pogrążony w żałobie po stracie przyjaciela pianista przestaje grać i zamyka się w czterech ścianach. Tam zastaje go jego brat Harry Evans Jr. (Barry Ward), który postanawia zabrać muzyka pod swój dach. Początkowo wydaje się to dobrym rozwiązaniem. Bill może liczyć na wsparcie Harry’ego i jego żony. W końcu ma czas dla swojej bratanicy. Ale wewnątrz jest całkowicie rozbity. Chcąc stłumić ból, sięga po narkotyki i angażuje się w skomplikowaną relację z Ellaine (Valene Kane). W końcu pianista opuszcza dom brata i udaje się na Florydę do domu rodziców (Laurie Metcalf i Bill Pullman).
Choć Evans uważany jest za mistrza jazzowej kameralistyki, to nie jego muzyka przyciągnęła uwagę reżysera w pierwszej kolejności. Gee wypatrzył pianistę na fotografii autorstwa Lee Friedlandera, datowanej na 1961 r. Zdjęcie przedstawiało Billa przy fortepianie, otoczonego przez dwóch muzyków. – Natychmiast zacząłem zastanawiać się, kim jest ten człowiek, jak brzmi jego muzyka. Pierwszym albumem, jaki usłyszałem, był „Sunday at the Village Vanguard”. Wciąż pamiętam moment, gdy włączyłem początkowy utwór i dałem ponieść się melodii. Te dźwięki były niesamowicie potężne. Z kina dokumentalnego i pracy na planie teledysków wyniosłem wiedzę, jak nie zabić rzeczy, które się kocha. A o to nietrudno, jeśli zaangażujemy się za bardzo – przyznał Gee podczas konferencji prasowej poprzedzającej światową premierę obrazu.
Choć już wtedy Gee zapragnął opowiedzieć o życiu pianisty, długo traktował swój pomysł w kategoriach hobbystycznych. Nie wiedział, na czym powinien się skupić. Odpowiedź znalazł w książce „Intermission” Owena Martella. Utwór o żałobie stał się kanwą scenariusza, napisanego przez Marka O’Hallorana - tekstu bliskiego filozofii Milesa Davisa, dla którego muzyka stanowiła przestrzeń między dźwiękami. – Niczego nie kalkulowaliśmy. Po prostu Mark zawarł w scenariuszu cały wachlarz emocji. Stworzył coś, czego sam nigdy bym nie wymyślił. Początkowo myślałem o tym filmie jako meta-kolażu, postmodernistycznej rzeczy. Nikt z nas nie zakładał, że fabuła będzie płynąć niczym muzyka – podkreślił twórca.
„Everybody Digs Bill Evans” nie wybrzmiałby tak mocno, gdyby nie Anders Danielsen Lie. Norweski aktor w przeszłości nie raz tworzył postacie stojące na skraju bezsilności. W „Reprise. Od początku, raz jeszcze” Joachima Triera był młodym pisarzem przytłoczonym ciężarem sukcesu. W „Oslo, 31 sierpnia” tego samego twórcy zagrał narkomana podejmującego próbę samobójczą. Twórczość amerykańskiego muzyka towarzyszyła mu od dawna. – O życiu Billa Evansa mówiono, że było najdłuższym samobójstwem w historii. To częściowo prawda. Jeśli zagłębimy się w jego historię, dostrzeżemy skłonność do autodestrukcji. A zarazem Evans potrafił cieszyć się chwilą. Sam kiedyś wyznał, że siedząc przy fortepianie, nigdy nie czuł się nieszczęśliwy. Delektował się muzyką, co wydaje się sprzeczne z chaosem i bałaganem panującymi w innych sferach jego życia. Granie kogoś, kto nie jest w stanie normalnie funkcjonować, bywa frustrujące. Dlaczego nie możesz stworzyć normalnego związku? Jednak trzeba to zaakceptować. Nie czuję potrzeby obrony moich bohaterów. Nie zamierzam ich oceniać, bo kim jestem, żeby to robić? – stwierdził aktor.
„Everybody Digs Bill Evans” to jeden z pierwszych filmów zaprezentowanych podczas 76. Berlinale. Obraz rywalizuje o Złotego Niedźwiedzia m.in. z „In a Whisper” Leyli Bouzid, „At the Sea” Kornéla Mundruczó, „Home Stories” Evy Trobisch i „My Wife Cries” Angeli Schanelec. Najbliższe dni przyniosą premiery „Dao” Alaina Gomisa, „Dust” Anke Blondé oraz „Rosebush Pruning” Karima Aïnouza.
Festiwal potrwa do niedzieli 22 lutego. Laureatów konkursu głównego poznamy w sobotę 21 lutego. Wyłoni ich jury w składzie: niemiecki reżyser i scenarzysta Wim Wenders (przewodniczący), producentka „Idy”, „Zimnej wojny” i „Strefy interesów” Ewa Puszczyńska, nepalski reżyser Min Bahadur Bham, południowokoreańska aktorka Bae Doona, indyjski reżyser i producent Shivendra Singh Dungarpur, amerykański reżyser, scenarzysta i producent Reinaldo Marcus Green, a także japońska reżyserka, scenarzystka i producentka Hikari.
Z Berlina Daria Porycka (PAP)
dap/ aszw/ grg/